Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Sa Pa’ Category

A wskoro już jestem w północnym Wietnamie, to w niedzielę jadę na rynek w Bac Ha. Oddalony o ponad 3 godziny jazdy mini busikiem od Sa Pa, jest nie lada atrakcją. Droga prowadzi wśród gór i dłuży się niemiłosiernie. A na rynku tlum miejscowych i turystów. Myślałam, że będzie to ogromny targ, a tu raptem parę uliczek. Atrakcją są na pewno kolorowo ubrane kobiety z plemienia Kwiaty Hmong , Phu La czy Dao Tuyen. Przyjeżdżają tu z okolicznych wiosek i kupują te piękne kolorowe spódnice i chusty. Cóż uleglam tubylczej  modzie, i z pomocą dziewczyn, też sobie kupiłam spódnicę. Gdy zobaczycie na ulicy mega kolorową  niebieską kiecke z fluorescencyjnymi paseczkami – to ja 🙂

Uwaga! Uwaga! Nastąpi eksplozja kolorów 🙂

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Bac Ha, 12 Maja 2013

Read Full Post »

Z dusznego Ha Noi jadę nocnym pociągiem do górskiej miejscowości Sa Pa. Temperatury tutaj są o kilka stopni niższe i można swobodnie oddychać. W Sa Pa jestem wcześnie rano, ale życie na ulicach tętni na całego. Autobusy i skutery jeżdżą jak szalone,naganiacze hoteli szukają swoich ofiar, turyści przyjeżdżają i odjeżdżają, ale najbardziej widoczne są ONE. Kobiety z plemienia Hmong. Ubrane na czarno, z wiklinowymi koszami lub dziećmi na plecach, energicznie balansuja między turystami, szukając okazji by coś sprzedać od samego rana. Są nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu – wysiaduja na kraweznikach, schodach, witrynach sklepowych. Pracują i te bardzo młode, i te dużo starsze. Można je spotkać dosłownie wszędzie, zawsze uśmiechnięte i chętne do pogawędki, która zawsze kończy się tym magicznym słowem – shopping.

image

image

image

image

Trzeba im przyznać, że są przesympatyczne, dobrze zorganizowane i wypracowały własne techniki sprzedaży. Skuteczne techniki , bo ostatecznie każdy coś kupuje, głównie dla świętego spokoju:-) Te kobiety pokonują dziennie kilkadziesiąt kilometrów chodząc za turystami, nie tylko po mieście, ale w czasie trekkingu po okolicznych wioskach. Bez zadyszki, mimo, że tereny tu są górzyste, w plastikowych sandalkach lub klapkach, pokonują wszystkie strome i kamieniste podejścia, a jak potrzeba to i pomogą spoconemu turyście.
image

image

image

image

W Sa Pa spędzam o wiele więcej czasu niż planowalam. Chodzę sobie po okolicy w towarzystwie czarnych dam:-) Idę do oddalonej o kilka kilometrów wioski Cat Cat przez wzgórza, aż dochodzę do wodospadu Cat Cat. W wiosce są głównie sklepy z rękodzielem. Można kupić wyszywane torebki, torebeczki, paski, kurtki, spódnice. Targować trzeba długo , bo to są twarde zawodniczki, a do tego działają w grupie i każda ma coś do powiedzenia:-)
image

image

image

image

Kolejnego dnia wybrałam się na zorganizowany trekking do wioski Lao Chai. Idziemy przez kika pierwszych kilometrów w obstawie, oczywiście, i z przewodniczką z plemienia czarnych Hmongow. Gdy kobiety nas opuszczają, zapraszają do zakupów. Nie ma rady i kupić trzeba:-) Podziwiamy wspaniałe tarasy ryzowe, niektóre porośnięte młodym ryżem, inne czekające na zasiew. Te niesamowite kaskady ciągną się kilometrami, dla nas atrakcyjne widoki, ale dla ludzi tu żyjących, to miejsce ciężkiej pracy i główne źródło pożywienia. Nie spotykamy tu wielu ludzi. Odnoszę wrażenie, że chowają się przed turystami. Za to bardzo przyjemnie chodzi się po tarasach ryzowych, gdy nikt nic od nas nie chce.

image

image

image

image

image

W Sa Pa organizuje sobie też dwudniowy trekking na najwyższy szczyt Wietnamu – Fansipan. Niestety, jeśli się chce iść, to trzeba zaakceptować zasady, które tu obowiązują i nawet ulec oszustwu, tak jak ja. Przeszłam wszystkie biura podróży w Sa Pa i wszystkie zgodnie twierdziły, że przez dwa dni rzędu, nikt nie wychodzi na szczyt i jeśli chcę iść, to tylko jako prywatna wycieczka. To oczywiście kosztuje odpowiednio więcej. Już po godzinie na szlaku wiedziałam, że to nieprawda. Co ciekawe, szedł chłopak z tego samego biura co ja, i też nie mógł znaleźć grupy. Więc idziemy w grupie, ale prywatnie. Tak to już jest w Wietnamie. Wejście na Fansipan nie wydaje się trudne, zwłaszcza, że jesteśmy już na 1600 m, więc do pokonania drugie tyle. Jednak góra ukryta jest za innymi i tak naprawdę trzeba przejść cały masyw, żeby dotrzeć na szczyt. Niestety, jak podają różne źródła, większość roku w tutejszych górach panują mgły. Mimo że pogoda jest dobra i nie pada, już na 2000 pojawiają się mgły. Widoki… nie ma widoków, zresztą większa część trasy prowadzi przez las. Na noc zatrzymujemy się w środku lasu, gdzie stoi blaszany namiot z drewnianymi podestami do spania. Warunki naprawdę prymitywne. Oprócz kilku Europejczyków, nocuje tu także ponad dwudzuestoosobowa wietnamska grupa. Rano doszliśmy do wspólnego wniosku, że Wietnamczycy nie potrafią spać 🙂
Mimo planów o wyjściu na szczyt o 5 rano, wyruszam dopiero po 6, bo rozpętała się burza. Po niecałych trzech godzinach bardzo trudnej wspinaczki po skałach, osiagam 3143 m i staję na dachu Indochin. Mgła dookoła, więc po paru minutach schodzę. Zejście jest fizycznie wyczerpujące, strome mokre skały i blotniste ścieżki pokryte wystającymi pedami bambusow. Po sześciu godzinach intensywnego marszu jestem z powrotem w Sa Pa. Do dziś nie wiem, co mnie pokusiło, żeby tam iść. Ale satysfakcja jest, a czy nie o to chodzi ?

image

image

image

image

image

image

image

Sa Pa 8 – 11 Maja 2013

Read Full Post »