Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Boso po Lizbonie’ Category

           Lizbona, stolica Portugalii zawsze wydawała mi się tak odległa, że prawie nie do zdobycia. A okazuje się, że to tylko 2 godziny i 30 minut lotem, czyli nieco krócej niż do…Katowic. Wyjazdu nie mogłam się doczekać i już kilka dni przed przebierałam nogami. Lizbona wiele obiecywała na zdjęciach. Pierwsze wrażenia, to ten upał. Zaraz po opuszczenia lotniska, termometr uliczny pokazuje 32’C. Uffff. Wysiadam w centrum miasta na placu Rossio. I tu pierwsza niespodzianka. Stoi stragan, a na straganie czereśnie. Jeszcze nie wiem, gdzie jest mój hostel i w którą stronę w ogóle mam iść, ale kupuję kilo owoców za 3 euro i siadam zadowolona na ławeczce w pełnym słońcu z siatą owoców i jem (w nawiasie dodaję, że codziennie przez 4 dni jadłam kilo!).  Po tej uczcie szybko odnajduję  Living Lounge Hostel (polecam, najlepszy hostel w jakim byłam gdziekolwiek i kiedykolwiek), organizuję się i już lecę w miasto. Pierwszy i największy błąd jaki dziś popełniam to obuwie. Zaaferowana słońcem i upałem, wybieram (spośród kolekcji 3 par obuwia) słomkowe ‚japonki’. I w sumie nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie charakter miasta. Lizbona położona jest na siedmiu wzgórzach i jest zdecydowanie ‚brukowana’: brukowane drogi, chodniki i schody. Gdy docieram na st. Andre Hill (po zaliczeniu st. Jorge Hill i st. Vicente Hill) ostatnim wydechem zamawiam szklankę piwa. Widok z Graca viewpoint wynagradza jednak trudy wspinaczki. Panorama miasta z mostem 25 Kwietnia w tle oszałamia swą urodą i kolorystyką. Po zasłużonym odpoczynku, głównie dla moich stóp ,ruszam w powrotną drogę. I tu okazuje się, że w moich ‚japoneczkach’ to raczej jadę, i prawdopodobnie nogi stracę, nim dojdę gdziekolwiek. Zdejmuję więc klapki i na boso, po rozgrzanym bruku, lecę w dół. Widzę spojrzenia i uśmiechy wspinaczy, ale też wiem, że schodząc, zrobią to samo;-)

Reklamy

Read Full Post »