Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Annapurna’ Category

W Muktinath swietowalismy zdobycie Przełęczy przy pizzy i piwie .Choć dla wielu  trekking kończy się właśnie tutaj i zjeżdżają jeepami na dół, my idziemy dalej. Odkąd wybudowano drogę, pętla Annapurny nie jest już tak popularna, gdyż szlakiem jadą jeepy i motory, co skutecznie odstrasza trekkersow.
image

Jesteśmy wciąż na wysokości 3400m, więc droga w dół będzie długa. Ale nam się nie spieszy. Wychodzimy dopiero po 10. Dziś mamy w planie dojście do Kagbeni 2800 m. Idziemy droga alternatywną przez wioski Jhong i Chhonikhar, dzięki czemu ominiemy główną drogę, a po drugie i ważniejsze  podziwiamy obszar  Górnego Mustangu. Przez cały dzień jesteśmy jedynymi turystami, którzy idą tą drogą. Krajobraz już od Muktinathu jest niesamowity  – wysokie góry wciąż są ośnieżone, a dolne partie jakby gołe, prezentują się w odcieniach brązu. Idziemy razem, ale osobno. Po kilku godzinach marszu odsłania się przed nami Górny Mustang. Droga prowadząca nie wiadomo gdzie, nieograniczona przestrzeń, hulajacy wiatr, cisza i czas, który jakby się zatrzymał. Rozkladam ręce na boki, zamykam oczy i plyne. Mustang to moje największe zaskoczenie na tym trekkingu. Surowy, suchy, jakby pustynny krajobraz z niesamowitą grą kolorów ziemi – żółtym, czerwonym i brązowym. I pustkowie ciągnące się kilometrami.
image
image

image

image

image

image

image

W Kagbeni 2800 m zachowujemy się co najmniej dziwnie. Z szeroko otwartymi oczyma stajemy przed hotelami na których napis głosi Wi-Fi, przed cukiernia z drozdzowkami robimy wielkie ‚wow’, ale hitem była radość na widok gniazdek elektrycznych w pokojach. Wróciliśmy do cywilizacji!
image

Kolejną wioską, do której idziemy to Marpha 2670 m. Tu wiosna rozpanoszyla się na całego, kwitną jablonie i zboże kielkuje . W Marphie (jablkowej krainie ) pijemy pyszny jabłkowy cider i jemy szarlotke z czekolada i posypka.
image
image

Następny dzień nam się nie udał. Od rana jest ciemno i ponuro, mzy i mgły unoszą się nad ziemią. Dziś po prostu idziemy naprzód , szybko i bez ciągłego obracania się za siebie. Tym sposobem pokonujemy dwudniowy dystans i wieczorem znajdujemy się w Ghasa 2010 m. Jesteśmy jedynymi turystami w hoteliku, leje deszcz, prądu nie ma, trzeba iść spać.
image

Kolejny dzień jest za to cudowny. Zeszlismy już tak nisko, że klimat diametralnie się zmienił. Weszliśmy w strefę tropikalna. Zieleń się zieleni, z gór płyną wodospady, drzewka pomarańczowe owocuja. Gdzieś daleko za nami widać czubki osniezonych szczytów. W samo południe meldujemy się w Tatopani 1200 m. Po pierwsze pierzemy, po drugie jemy pomarancze, po trzecie zanurzamy się w naturalnie gorących źródłach. Jest bosko.
image

image

Tutaj swoją drogę kończy Toni, my z Serena postanawiamy być twarde i rano ruszamy w drogę na Poon Hill 3200 m. Trochę się smiejemy z siebie, bo dopiero co zeszlysmy na te 1200 m, a dziś znów pod górę. Szlak prowadzi stromo po kamieniach i wśród niesamowitej roślinności.
image
image

image

Drogę do Gorephani dzielimy na pół i dochodzimy tylko do Chitre 2350 m, gdzie jest głucho i ciemno. W wielkim guest housie jesteśmy tylko my. Rano następnego dnia, po zaledwie dwóch godzinach, dochodzimy do wioski Gorephani 2870 m – bazy na Poon Hill. Zaskakuje nas ilość turystów w tej wiosce, bo przecież tylko my szlysmy z Tatopani. Wieczorem pogoda się psuje. Nadciagaja ogromne klebiaste chmury i mgła, i deszcz. Nadszedł nasz ostatni dzień. Dziś wstajemy przed 5 i ruszamy od razu na wzgórze zobaczyć wschód słońca. Mówili , że półtora godziny, my z Serena jesteśmy tam po zaledwie 40 minutach i ku naszemu zaskoczeniu przybywamy pierwsze. Po jakimś czasie zaczynają nadchodzic turyści, głównie japońscy. Czekamy i czekamy , ale wokół nas tylko mgła. Na chwilę tylko chmury odslonily kawalek szczytów. Po dwóch godzinach schodzimy ze wzgórza. Miał być oszałamiajacy widok na Himalaje, a była tylko himalajska mgła. Cóż, wychodzi na to, że muszę tu jeszcze wrócić.
image
image

Z Gorephani wyruszamy po 8 na ostatni odcinek naszej drogi. Przez las, z drzewami osnutymi mchem, wśród kwitnących właśnie drzew rododendronowych i we mgle schodzimy przez wioski Ulleri, Birethani, Thikhedhunga aż do Naya Pul . Pokonujemy parę tysięcy kamiennych stromych schodów w dół . Czujemy jak nasze łydki się trzęsą. Na szlaku spotykamy dziesiątki grup turystów idących w górę na Poon Hill. Wszyscy nam zazdroszczą, że my już w dół, ale przecież nie wiedzą, że to siedemnasty dzień marszu. Mamy zabójcze tempo i w Naya Pull jesteśmy po godzinie 14. W strugach deszczu, z bananami na buziach, wsiadamy do autobusu do Pokhary. Tak oto zamyka się pętla Annapourny.

220 km pieszo, 17 dni, z Besisahar przez Thorong La Pass do Naya Pul. Przez zielone wzgórza i tropikalna pogodę do krainy śniegu, mrozu i znów w tropiki, od krainy Gurungow i Manangow do tybetańskich wiosek i tereny ludu Thakali. Przez góry i doliny, łagodne ścieżki i strome osuwiska, przez bloto, śnieg i lod, ciężko dyszac i sapiac do celu.
Kiedy ktoś mnie spyta, ale po co ? – to mam prostą odpowiedź – bo w życiu trzeba sobie stawiać wyzwania. Bo czasem trzeba siebie sprawdzić i zobaczyć, ile się może. Przecież ja nie jestem żadnym tam górskim lazikiem, choć wszyscy wiedzą, że non stop na chodzie jestem 🙂 Doświadczenie Annapurny można przenieść na życie, i wtedy jasno i wyraźnie widać , że w życiu wszystko jest możliwe, jeśli tylko się chce, przy odrobinie chęci i determinacji. Jeśli mnie spytacie, czy byłam zmęczona – nie byłam i mówię to z ręką na sercu. Rano wstawalam i po prostu szlam dalej. Poczułam ten trekking dopiero w Pokharze, gdy obudzilam się jak zwykle przed 6 i chciałam iść, ale już nie było żadnej drogi. I wtedy poczułam , że energia opadła i tak trudno było zejść z łóżka. Cały dzień siedzialam w kawiarnianym ogrodzie – pilam i jadlam na przemian 🙂 Żadnych ruchów. Annapurna to życiowa przygoda, taki all inclusive – wspaniałe widoki, droga pod górę i w dół, wysiłek fizyczny i oczyszczenie przestrzeni mentalnej , niebieskie niebo i wolne ptaki, to medytacja serca, która pozostawia ślad na zawsze. I po trzecie, jeśli mnie spytacie, czy było warto pocic się i spalić sobie nos, to wiadomo, że powiem , że warto, bo dla siebie samego powinno się tu zrobić wszystko.
image

A na koniec przyznam się, że moim marzeniem nie był trekking wokół Annapurny, a do bazy Everestu, który jest i zawsze będzie moją ukochaną górą. Ale wiecie, w życiu trzeba mieć jakieś marzenia i dążyć do ich realizacji, więc dalej marzę o Everescie i czuję, że się spełni BO W ŻYCIU WSZYSTKO JEST MOŻLIWE 🙂
image
Zdjęcie zrobione po dotarciu z przełęczy do hotelu. Włosy 7 dniowe, czapka nie była ściągana przez cztery dni, a nos i usta sie przypiekly trochę 🙂
Annapourna 15-21 Marca 2013

Read Full Post »

Po odpoczynku w Manang ruszamy dalej.
image

Choć wszyscy porterzy  ostrzegają, że w Letdar hotel jest kiepski i tak tam idziemy,bo taki mamy plan. W Letdar na wysokości 4200 m działa jeden hotel, który choć najgorszy na całej trasie, jest też najdroższy. Wyboru nie mamy . W Letdar dopada mnie choroba wysokosciowa – ogromny ból głowy jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Z bólu całe ciało sie trzesie. Zakladam wszystko co mam, owijam się spiworem, ale nic to nie daje. Mam wrażenie, że w każdej chwili moja głowę może rozerwać. Jeden z przewodników pyta, co mi jest. Stwierdza krótko, że ból głowy to nie problem (ha????) dopóki nie wymiotuje. Przynosi mi na talerzyku dwa ogromne ząbki czosnku i każe zjeść. Zuje czosnek i popijam gorąca wodą z cytryna. Po godzinie ból głowy przechodzi. Moi wspoltowarzysze nie dowierzaja. Cud, czy co? Wieczorem, gdy opuszczamy restaurację, wszyscy biorą zabek czosnku z kuchni, zawijaja w papierek i chowają do kieszeni, tak na zapas, w razie czego.
image
image

image
image

image

Kolejnego dnia mamy plan dotarcia do High Camp. Idziemy przez śnieg, ale towarzyszy nam słońce. Maszerujemy w trójkę , bo Robert i Chiara zmieniają trochę swoje plany ze względu na zle samopoczucie, ale obiecuja nas dogonic. W Thorang Phedi 4450 m Serena też chce odpuścić, ale my nie odpuszczamy jej. Po lunchu powoli ruszamy, by pokonać najtrudnieszy odcinek na całej trasie. Przez godzine idziemy prawie w pionie. Za to w High Camp 4850 m cieszymy się jak dzieci. Jutro ma być łatwiej. Hotel w High Camp pokryty jest częściowo śniegiem. Już około 6 wieczorem błoto i kałuże zamarzają ponownie. W jadalni na próżno czekamy na rozpalenie ognia w piecu. Dowiaduję się , że zima się skończyła i drewno się skończyło tez,  więc pozostaje nam owinac się kocami i przy świecach (prądu też ma ) zjeść spaghetti z sosem pomidorowym i serem żółtym z jaka.
image

image
image

image

Wieczorem zamawiamy śniadanie na 5 rano, płacimy rachunek i kupujemy po litrze gorącej wody do naszych butelek. Choć śpimy w najzimniejszych warunkach i w naszym pokoju temperatura wynosi jakieś minus pięć stopni, ta noc należy do najcieplejszych dzięki butelkom w naszych spiworach. Nie śpię dobrze, właściwie trudno powiedzieć  żebym wogóle spała. Serce bije jak szalone, oddech nierówn, próbuję łapać powietrze niczym ryba wylowiona z oceanu. Nie mogę się doczekać, kiedy zadzowni budzik i już pójdziemy. Pobudka w końcu następuje, nakladamy nasze puchowki i buty , bo resztę mamy już na sobie. Jemy lekkie śniadanie, zamykamy plecaki i ruszamy. Dziś nie ma miejsca na zbędne ruchy, rozmowy czy jakieś wątpliwości. Cel jest jeden – Przełęcz Thorong La, od której dzieli nas już tylko 666 m. Ruszamy z zapalonymi latarkami. Jest mrozno i ślisko. Jeden z porterow w trampkach ma trudności z poruszaniem się. Ja i Toni oddajemy po jednym kijku, bo musimy poruszać się do przodu. Nie możemy sobie pozwolić na czekanie bez ruchu. Kijki pomagają i porter rusza. Zza gór powoli wynurza się słońce. Po godzinie 6 zaczyna ogrzewać nasze plecy i skostniale palce.  Na górze widzimy grupę fotografujaca się, co utwierdza nas w przekonaniu , że to już tuż tuż. Gdy dochodzimy, okazuje się, że to jeszcze nie tu i trzeba jeszcze 40 minut iść. Wokół jest biało, śnieżna pustynia i lsniace w słońcu śnieżne wydmy. Po około 30 minutach jest, widzę flagi modlitewne powiewajace na szczycie przełęczy. Zwalniam na chwilę, wzruszam się faktem , że tu dotarlam. Dochodzę do tablicy. Z Serena i Tonim sciskamy się w milczeniu. Słowa są zbędne. Robimy kilka pamiątkowych zdjęć, pijemy gorąca herbatę, jemy batoniki i ruszamy w dół.
image
image

image

image
image

image

Droga w dół jest długa i spadzista. A musimy zejść aż 1800 m do najbliższej wioski Muktinath. Po około 4 godzinach slizgania sie, potykania o kamienie, z cala sila skoncentrowana w udach i kolanach, docieramy do miejsca odpoczynku. Jest wietrznie i zimno, ale wyszliśmy ze strefy śniegu. W hotelu cieszymy się jak dzieci, bo w końcu sciagamy nasze czapki. Największe szczęście przynosi nam gorący prysznic. Nawet nie wiecie, co to wtedy znaczyło. Wieczorem w jadalni hotelowej dołączają Robert i Chiara po długim marszu. Gdy my już swietujemy, kolejni trekkersi wchodzą so hotelu. Zmeczeni i Zmarznieci, bo na zewnątrz śnieżna zawierucha. Zaskoczony ilością turystów poza sezonem, właściciel hotelu pyta, ale czemu akurat dzisiaj wszyscy szliscie na przełęcz. My też nie znamy odpowiedzi na to pytanie,wtedy ale wygląda na to, ze 14 Marca był właściwym dniem 🙂
image

image

image

Annapourna, 12-14 Marca 2013

Read Full Post »

Annapurna, najnizszy z osmiotysiecznikow, pierwsza gora powyzej 8000 zdobyta przez czlowieka. Masyw Annpurny sklada sie z siedmiu szczytow, a szlak prowadzacy dookola Annapurna Himal  uchodzi za jeden z najpieknijszych i najbardziej intersujacych  na swiecie. Dlatego tez musze sie przekonac o tym sama.
image

Nie pamiętam, kiedy powstala we  mnie pomysł, żeby iść na trekking dookoła masywu Annapurny. Myślę , że stało się to jakby naturalnie.  Skoro jade do Nepalu to musi być trekking, bo inaczej to nie ma sensu – myslalam. W Kathmandu zakupilam cały potrzebny ekwipunek, bo na trekking mialam tylko buty. Nigdy w życiu żadne zakupy mnie tak nie wykończyły. Ale kiedy mialam już wszystko, spakowalam plecak i ruszylam w drogę.  Porannym autobusem lokalnym udalam się do Besisahar.  Niewielka miejscowość oddalona jest od Kathmandu jedyne 137 km, ale podróże trwała 7 godzin. Byłam tak umeczona, że weszłam do pierwszego hotelu, jaki zobaczyłam. Wieczorem rozpoczęłam też poszukiwania portera, bo bagaż mam ciężki,a plecy słabe.  Przeprowadzialam trzy rozmowy kwalifikacyjne. Wszyscy chcieli dużo za dużo. Ja powiedzialam, ile mogę zapłacić. Po godzinie jeden z nich powrócił i zgodził się na moje warunki. Nastepnego dnia juz o 7 rano moj porter stawia się do pracy w … nowych butach , które właśnie sobie kupił. Chwali się,  że są wygodne, mocne i dobre na trekking. Dla mnie one są przede wszystkim nowe, co mnie przeraża, bo mamy iść co najmniej 2 tygodnie. Wskakujemy do lokalnego autobusu, ktory ma nas dowiezc do Bhulbhule, ale w Nepalu nic nie dzieje się od razu. Nim autobus ruszy, zostaje zapakowany 20 workami ryżu, 10 butlami gazu, kilkoma kartonami ryżu i cukierków. Na koniec wsiadamy my.  Po około pół godziny, po totalnie wyboistej drodze,docieramy do Bhulbhule (840 m). Tu nastepuje pierwsza kontrola pozwolenia wstępu do ACAP (Annpourna Conservation Area Project) i w końcu ruszamy. Droga prowadzi przez wzgorza, na ktorych widac pola ryzowe czekajace na zasiew.
image

Mijamy wioski Ngadi i Bahundanda, a po poludniu docieramy do Ghermu 1130 m. Sa to tereny zamieszkiwane przez lud Gurungow.  Czarne chmury, ktore zbieraly sie juz od jakiegos czasu, w koncu wybuchaja i zaczyna sie burza. W niewielkich guest housach, mozna dostac lozko i domowe posilki, serwowane przez wlascicielki. Sezon jeszcze sie nie zaczal, wiec jestem jedynym gosciem. 
image

image

image
image

Drugiego dnia przechodze przez kanion rzeki Marsyangdi i dochodze do wioski Tal 1700 m. Tu też w tej niewielkiej wiosce spotykam kanadyjskich rowerzystów, którzy urządzają sobie wyścig wokół Annapurny. Rano, kiedy mnie mijają, zgodnie stwierdzają , że to nie jest szlak dla rowerzystów.  Trudności mają nawet motorzysci. Gdy napotykają strome podejscie , po prostu schodzą z motora i pchają. Nikt na szlaku nie ma lekko.
image

image

image

image

image

Trzeciego dnia pokonuję aż 20 km. Miało być krócej, ale w wiosce Thannchowk 2570 m w hotelu nie ma miejsc, bo trwa uroczystość rodzinna. Nie pozostaje mi  nic innego jak iść dalej. W Koto 2640 m, spotykam Serene z Włoch i Toniego z Finlandii. Los chce, że od tej pory będziemy się spotykać na przystankach i w lodgach, a po paru dniach utworzymy małą grupę, która pójdzie do konca razem.  Rano w Koto zaskakuje mnie widok na Annapurne II. Od tego momentu wysokie góry będę mnie prowadziły i dostarczały niesamowitych wrażeń wzrokowych.
image
image
image

Mijam Chame i Bhratang, a charakter wiosek nie pozostawia watpliwosci, ze oto wkroczylam na buddyjskie tereny. Jalowiec pali sie w miedzianych kadzielnicach, powiewaja kolorowe modlitewne flagi, mlynki modlitewne w rzedach ciagna sie wzdluz wiosek, a przydrozne kamienie wymalowane sa slowami mantr.
image
image
image

image

Przechodze przez wysoki las swierkowy i moim oczom ukazuje sie wielka plaska gora. Brakuje mi obiektywu, by ujac te gore i przestrzen. Pozniej dowiaduje sie, ze jest to Paungi Danda, zwana przez miejscowych Oble, czyli Brama do Nieba. Jeszcze dlugo, gdy tylko sie obejrze, widze te niesamowita formacje skalna.
image

image

Po ostrym podejsciu dochodze do Upper Pisang 3310 m, najpiekniej polozonej wioski na trasie, bo z boskim widokiem na Annapurne II. Wraz z wieloma trekkersami, siedze przy klasztorze i az do zachodu slonca obserwuje niesamowity spektakl, jaki odbywa sie na szczycie – wiatr tanczy ze sniegiem. W Hotelu Annapurna, gdzie sciany sa zbite z desek, a z okna widac szczyty, poznajemy Chiare i Roberta, ktorzy dolaczaja do naszej grupy. Odtad nasze wieczory zdominowane zostaly przez karty i herbate. Nigdy tyle nie gralam, nigdy nie wypilam tyle herbaty;-)
image

image

image

image

Kolejnego dnia, juz wszyscy razem, dochodzimy do Ngawal 3680 m. Tu spotykamy najsympatyczniejszego wlasciciela hotelu, który wieczorem bawi nas historiami o Tybetankach mających kilku mężów, którzy są braćmi oraz o swoich dwoch zonach. W Ngawal roztacza sie widok na Pisang Peak, Annapurna II, III, IV, Gangapurne i Tilicho Peak.  
image

Szóstego dnia idziemy do Manang 3540 m. Wszyscy nie mogą się doczekac, bowiem tu czeka nas dzień odpoczynku, a tak naprawdę aklimatyzacji do wysokości.
image 8
image
image

Manang to prawdziwie turystyczna wioska, nie brak tu hoteli, piekarni z jablecznikami, jest nawet internet (okrutnie drogi), no i kino. Pierwszego dnia oglądamy Siedem lat w Tybecie, a drugiego Into thin air. Atmosfera w sali projekcyjnej iście kinowa. Po godzinie film zostaje zatrzymany, a pan roznosi popcorn i herbatę brzoskwiniowa. Z radości bijemy brawo. Wieczorem w jadalni w naszym hotelu, przy gorącym piecu i wśród ogromnego tłumu, obchodzę swoje urodziny. Wszyscy śpiewają Happy Birthday, a wlasciciel nakłada mi biały tybetanski szal i ofiarowuje paczkę cukierków. Takich urodzin się nie zapomina.
image
image

Drugiego dnia w Manang idziemy trenować na śniegu wchodzenie i schodzenie. Naszym celem jest punkt widokowy Chongar.  Jest trudno, ale dajemy radę. Czujemy, że przygotowania do przełęczy idą pełną parą. Od tego momentu rozmawiamy co raz więcej o przełęczy. Każdy ma obawy, czy choroba wysokosciowa nie pojawi się  nagle. Wszyscy boją się śniegu i mrozu, ale najbardziej wszyscy sie boja, czy starczy sił.
image

image

image

image

image

I na koniec moje ulubione zdjęcie
image

Annapourna 4-11 Marca 2013
CIĄG DALSZY NASTAPI

Read Full Post »