Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Podróże’ Category

W Wietnamie byłam za krótko i mam niedosyt. Ale gdy pomyśle, że wogóle miało mnie tu nie być, to się wdzięczę do wszechświata:-)
Z Saigonu do Phnom Penh w Kambodży jest tylko 6 godzin autobusem. Pan pilot zbiera paszporty i żąda 25 dolarów za wizę. Pytam, czemu 25, skoro oficjalnie jest 20. Pan chce po prostu wyrządzić mi przysługę i uzyskać wizę za mnie. Trapi mnie pytanie, ale po co, skoro i tak muszę wysiąść z autobusu i z paszportem zameldować się przed okienkiem. Rezygnuję z usługi pana, ku jego wielkiemu niezadowoleniu. W nagrodę pan nie podaje mi druków wizowych, więc gdy dojeżdzamy do granicy, muszę wypełniać, a to trwa. Gdy w końcu mam wizę i moja pieczątka wjazdowa została sprawdzona wiele razy, orientuję się, że nie ma autobusu. Rozgladam się po okolicy, ale nie ma. Nagle na skuterze podjezdza chłopak i wręcza mi karteczke z notatką, że autobus jest w restauracji jakiejś tam, 3 km stąd. Jestem tak zaskoczona, że nie zdążyłam nawet zapytać, ale o co chodzi, gdy ten już odjechał. Zemsta pilota i kierowcy za 5 dolarów! Wnerwilam się, nie powiem. I miałabym zupełnie gdzieś ten autobus , bo autobusów tu pod dostatkiem, ale mój plecak tam jedzie. Idę więc te 3 km. Kierowca cieszy się na mój widok, ale mina mu rzednie, gdy prosto w twarz i w oczy rzucam mu: dlaczego na mnie nie poczekales ? Zapłacisz za to ! Moje nerwy na nic się nie zdają. W Phnom Penh napisałam skargę, rozmawiałam z managerem, tylko, że wiem, że to nic nic nie zmieni, bo dalej będą to robić. Bywa i tak.
A teraz do rzeczy.
Phnom Penh to stolica Kambodży, miasto pełne kontrastów. Bo niby w centrum idę po nowoczesnym bulwarze, wiele tu nowych land cruiserow i eleganckich sklepów, ale na chodniku latają gołe biedne dzieci, kobiety sprzedają tanie jedzenie, jest brudno i chaotycznie.
Moja wiedza o historii Kambodży ogranicza się do informacji, że w późnych latach 70 tych, komuniści dokonali potwornej rzezi na kambodzanskiej ludności. Stolica jest dobrym miejscem, by tę wiedzę rozszerzyć i dzięki temu lepiej zrozumieć kraj w którym jestem. Piętnaście kilometrów za miastem znajdują się pola śmierci Choeung Ek. W latach 1975-79 lider Czerwonych Khmerow – Pol Pot przejął w państwie  władze i rozpoczął likwidację miast, dobytkow cywilizacji, prywatnej własności, sądów, szpitali i szkół. Zakazano praktyk religijnych i utrzymywania więzi rodzinnych. Celem było utworzenie państwa agrarnego. W ciągu czterech lat zabito około 2 miliony ludzi w wyniku politycznych egzekucji, przymusowej pracy, głodu i tortur. Na tutejszych polach śmierci zginęło około 17 tysięcy ludzi. Pól śmierci w Kambodży było aż 380. W centrum znajduje się stupa upamietniejaca pomordowanych. Drugim miejscem, które odwiedzam to muzeum Tuol Sleng, w którym mieściło się tajne więzienie Pola Pota, zwane także S-21, utworzone w budynku szkoły. Tutaj w salach zbudowano maleńkie cele, w których przetrzymywano intelektualistów, nauczycieli, mnichów czy… ludzi noszących okulary. W niektórych salach wciąż stoją metalowe łóżka, przyrządy tortur, rzeczy osobiste. Na setkach zdjęć można oglądać twarze ,młodych ludzi, którzy tu zginęli. Główny zbrodniarz Pol Pot nie poniósł kary za swoje czyny, zmarł samotnie w 1998 r.
Wszędzie było mnóstwo książek o reżimie oraz wspomnień tych, którzy przeżyli. Wybrałam narodowy hit Long Ung „First they killed my father”, wspomnienia kobiety, która w czasie rozpoczęcia reżimu miała 5 lat. Książka dla ludzi o mocnych nerwach, zostawiam sobie do mojej kolekcji, więc po powrocie chętnie pozycze, bo warto znać tę pozycję.
Po takiej dawce informacji i wrażeń, mój skuterowy kierowca zawiózł mnie na Russian Market, a wieczorem poszłam na słynny bulwar. Tutaj wieczorami kwitnie życie sportowe – biegają, ćwiczą, grają w lotki,czy w badmingtona czy uprawiają aerobik. Życie toczy się dalej.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Phnom Penh 21-22 Maja 2013

Reklamy

Read Full Post »

image

A w Saigonie był saigon. Tego się nie da lepiej wyrazić. Ilość motorów przeraża, dziwi i w jakiś sposób fascynuje. Nie jestem jedyną, która stoi na skrzyżowaniu i po prostu sie przygląda. Zastanawia wszystkich, jak oni się w tym ruchu odnajdują. Ale,  gdy przyjrzeć się bliżej, kto jeździ i kto kogo wozi, to widać już kilkumiesięczne dzieci na rękach pasażera, a kilkukatki dumnie siedzą z przodu kierowcy, z rękami opartymi o stacyjke. Oni to wysysaja z mlekiem matki.

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Saigon  18-19 Maja 2013

Read Full Post »

Hoi An

Hoi An to niesamowicie urocze wietnamskie miasteczko. W labiryncie uliczek starego miasta  można chodzić godzinami. Jest tu mnóstwo kawiarni, restauracji, sklepów z pamiątkami, zabytkowych domów, świątyń i galeri sztuki oraz sklepów krawieckich. Można uszyc garnitur, sukienkę czy koszulę na miarę w ciągu kilku godzin za niewielkie pieniądze . Ja poszłam kupić zwykłą prostą bawelniana sukienkę, bo upał już mnie wykanczal. Znalazłam, co chciałam w minutę dosłownie. Przymierzylam, pasowała jak ulał, a pani krawcowa z wielkim uśmiechem oświadczyła: uszylam dla ciebie dzisiaj rano 🙂 Tak mnie rozbawila,że nawet nie targowalam tych 12 dolarów, które chciała. W portfelu miałam jednak tylko niecałe 7, wziela i powiedziała, że wystarczy. Potrafię czarowac, no nie ?
Najwięcej charakteru miasteczko zyskuje wieczorem. Oświetlone mnóstwem kolorowych lampionow rozwieszonych na domach i drzewach tworzy bajkowy klimat. A jak upał dokucza, to rowerkiem można podjechac na oddalona o 5 km plażę i poleniuchowac na lezaczku.
image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Hoi An 16 – 18 Maja 2013

Read Full Post »

image

Zatoka Ladujacego Smoka. Śliczna nazwa. A zatoka jeszcze ładniejsza. Nie dziwi więc fakt, że została uznana za jeden z nowych cudów natury. Wybieram się na wycieczkę z noclegiem na łodzi na wodach zatoki. Rano, autobusem jadę do Ha Long City około 3,5 godzin. Lunch jem już na lodzi. Wszyscy mówią,że jedzenia tyle, że nie można przejść. Ja tam radę dałam i dzielnie dotrwalam do dania siódmego, zapilam piwem Ha Long i padlam na górnym pokładzie 🙂
image

Moje wyobrażenia o spokojnym, relaksujacym rejsie szybko uległy zmianom. Najpierw pan przewodnik pyta czy chcemy popływać, bo gorąco. No chcemy, chcemy. Potem, czy chcemy zobaczyć jaskinię, no pewnie, że chcemy. Następnie znow pyta, czy chcemy popływać kajakami. I znów chcemy. A na koniec, czy chcemy zobaczyć zachód słońca z punktu widokowego. Tylko ja chcę… reszta poszła pływać. Kolację jem najdłużej, bo mi szkoda tego pysznego jedzenia. Jeszcze przed pójściem spać, upewniam się u przewodnika, że jutro już na pewno tylko będziemy płynąć, bo chciałabym sobie po prostu polezec i popatrzeć 🙂
image

image

W zamierzchłych czasach gdy Wietnamczycy walczyli z najeźdźcą bogowie zesłali rodzinę smoków, aby pomóc w obronie kraju. Smoki wypluwając perły, które po zetknięciu z wodą zmieniały się w jadeit uformowały mur. Okręty wroga roztrzaskały się o skały co pozwoliło oprzeć się atakowi. Po wypełnieniu obowiązków smoki zdecydowały pozostać na Ziemi, a miejsce, w którym wylądowała matka smoków zostało nazwane Ha Long Bay.
image

Inna legenda nagłosi, że ten archipelag jest czubkiem długiego grzebienia ogromnego smoka, ducha wody, który spoczywa na dnie morza, gdzie schronił się po napaści na wrogów swego kraju. To jemu oraz czapli, duchowi gór, zawdzięcza się powstanie narodu wietnamskiego.
image

image

Ha Long, 14-15 Maja 2013

Read Full Post »

A wskoro już jestem w północnym Wietnamie, to w niedzielę jadę na rynek w Bac Ha. Oddalony o ponad 3 godziny jazdy mini busikiem od Sa Pa, jest nie lada atrakcją. Droga prowadzi wśród gór i dłuży się niemiłosiernie. A na rynku tlum miejscowych i turystów. Myślałam, że będzie to ogromny targ, a tu raptem parę uliczek. Atrakcją są na pewno kolorowo ubrane kobiety z plemienia Kwiaty Hmong , Phu La czy Dao Tuyen. Przyjeżdżają tu z okolicznych wiosek i kupują te piękne kolorowe spódnice i chusty. Cóż uleglam tubylczej  modzie, i z pomocą dziewczyn, też sobie kupiłam spódnicę. Gdy zobaczycie na ulicy mega kolorową  niebieską kiecke z fluorescencyjnymi paseczkami – to ja 🙂

Uwaga! Uwaga! Nastąpi eksplozja kolorów 🙂

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Bac Ha, 12 Maja 2013

Read Full Post »

Z dusznego Ha Noi jadę nocnym pociągiem do górskiej miejscowości Sa Pa. Temperatury tutaj są o kilka stopni niższe i można swobodnie oddychać. W Sa Pa jestem wcześnie rano, ale życie na ulicach tętni na całego. Autobusy i skutery jeżdżą jak szalone,naganiacze hoteli szukają swoich ofiar, turyści przyjeżdżają i odjeżdżają, ale najbardziej widoczne są ONE. Kobiety z plemienia Hmong. Ubrane na czarno, z wiklinowymi koszami lub dziećmi na plecach, energicznie balansuja między turystami, szukając okazji by coś sprzedać od samego rana. Są nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu – wysiaduja na kraweznikach, schodach, witrynach sklepowych. Pracują i te bardzo młode, i te dużo starsze. Można je spotkać dosłownie wszędzie, zawsze uśmiechnięte i chętne do pogawędki, która zawsze kończy się tym magicznym słowem – shopping.

image

image

image

image

Trzeba im przyznać, że są przesympatyczne, dobrze zorganizowane i wypracowały własne techniki sprzedaży. Skuteczne techniki , bo ostatecznie każdy coś kupuje, głównie dla świętego spokoju:-) Te kobiety pokonują dziennie kilkadziesiąt kilometrów chodząc za turystami, nie tylko po mieście, ale w czasie trekkingu po okolicznych wioskach. Bez zadyszki, mimo, że tereny tu są górzyste, w plastikowych sandalkach lub klapkach, pokonują wszystkie strome i kamieniste podejścia, a jak potrzeba to i pomogą spoconemu turyście.
image

image

image

image

W Sa Pa spędzam o wiele więcej czasu niż planowalam. Chodzę sobie po okolicy w towarzystwie czarnych dam:-) Idę do oddalonej o kilka kilometrów wioski Cat Cat przez wzgórza, aż dochodzę do wodospadu Cat Cat. W wiosce są głównie sklepy z rękodzielem. Można kupić wyszywane torebki, torebeczki, paski, kurtki, spódnice. Targować trzeba długo , bo to są twarde zawodniczki, a do tego działają w grupie i każda ma coś do powiedzenia:-)
image

image

image

image

Kolejnego dnia wybrałam się na zorganizowany trekking do wioski Lao Chai. Idziemy przez kika pierwszych kilometrów w obstawie, oczywiście, i z przewodniczką z plemienia czarnych Hmongow. Gdy kobiety nas opuszczają, zapraszają do zakupów. Nie ma rady i kupić trzeba:-) Podziwiamy wspaniałe tarasy ryzowe, niektóre porośnięte młodym ryżem, inne czekające na zasiew. Te niesamowite kaskady ciągną się kilometrami, dla nas atrakcyjne widoki, ale dla ludzi tu żyjących, to miejsce ciężkiej pracy i główne źródło pożywienia. Nie spotykamy tu wielu ludzi. Odnoszę wrażenie, że chowają się przed turystami. Za to bardzo przyjemnie chodzi się po tarasach ryzowych, gdy nikt nic od nas nie chce.

image

image

image

image

image

W Sa Pa organizuje sobie też dwudniowy trekking na najwyższy szczyt Wietnamu – Fansipan. Niestety, jeśli się chce iść, to trzeba zaakceptować zasady, które tu obowiązują i nawet ulec oszustwu, tak jak ja. Przeszłam wszystkie biura podróży w Sa Pa i wszystkie zgodnie twierdziły, że przez dwa dni rzędu, nikt nie wychodzi na szczyt i jeśli chcę iść, to tylko jako prywatna wycieczka. To oczywiście kosztuje odpowiednio więcej. Już po godzinie na szlaku wiedziałam, że to nieprawda. Co ciekawe, szedł chłopak z tego samego biura co ja, i też nie mógł znaleźć grupy. Więc idziemy w grupie, ale prywatnie. Tak to już jest w Wietnamie. Wejście na Fansipan nie wydaje się trudne, zwłaszcza, że jesteśmy już na 1600 m, więc do pokonania drugie tyle. Jednak góra ukryta jest za innymi i tak naprawdę trzeba przejść cały masyw, żeby dotrzeć na szczyt. Niestety, jak podają różne źródła, większość roku w tutejszych górach panują mgły. Mimo że pogoda jest dobra i nie pada, już na 2000 pojawiają się mgły. Widoki… nie ma widoków, zresztą większa część trasy prowadzi przez las. Na noc zatrzymujemy się w środku lasu, gdzie stoi blaszany namiot z drewnianymi podestami do spania. Warunki naprawdę prymitywne. Oprócz kilku Europejczyków, nocuje tu także ponad dwudzuestoosobowa wietnamska grupa. Rano doszliśmy do wspólnego wniosku, że Wietnamczycy nie potrafią spać 🙂
Mimo planów o wyjściu na szczyt o 5 rano, wyruszam dopiero po 6, bo rozpętała się burza. Po niecałych trzech godzinach bardzo trudnej wspinaczki po skałach, osiagam 3143 m i staję na dachu Indochin. Mgła dookoła, więc po paru minutach schodzę. Zejście jest fizycznie wyczerpujące, strome mokre skały i blotniste ścieżki pokryte wystającymi pedami bambusow. Po sześciu godzinach intensywnego marszu jestem z powrotem w Sa Pa. Do dziś nie wiem, co mnie pokusiło, żeby tam iść. Ale satysfakcja jest, a czy nie o to chodzi ?

image

image

image

image

image

image

image

Sa Pa 8 – 11 Maja 2013

Read Full Post »

W autobusie z Laosu do Wietnamu spędzam 25 godzin. Większość czasu przesypiam. Na granicy laotansko-wietnamskiej spędzamy jakieś 5 godzin. Uzyskanie pieczątki wyjazdowej z Laosu zajmuje tylko około godziny. Potem trzeba przejść przez teren niczyi około 2 km, wyciągnąć plecak z autobusu, założyć na plecy i dopiero można iść po pieczątkę wjazdową do Wietnamu. Pan w okienku nie odbierze paszportu, dopóki nie zapłaci się one dolar. Ludzie się burzą, bo jest to opłata nielegalna, tym bardziej, że wiza do Wietnamu podrożała w tym roku okrutnie i kosztuje aż 70 dolarów.  Dla ułatwienia, urzędnicy przyjmują równowartość dolara w innych walutach:-) Gdy dostaję moją pieczątkę jest już po 8, a więc wciąż mogę powiedzieć Good morning Vietnam 🙂 Gdy dojezdzam do Hanoi, jest wieczór następnego dnia , jestem wymeczona i chce mi się spać. Szybko znajduję hostel, doprowadzam się do ładu i idę na miasto jeść.
image

Pierwsze co uderza w Ha Noi, to ruch. Nieokiełznany, wielokierunkowy, chaotyczny i pozornie niebezpieczny. Do tego upał wspomagany przez ciepło wydalane z tysięcy skuterow oraz wysokie, stare kamienice, które dotykają nieba i zabierają resztki powietrza. Krawęzniki w Hanoi są okupowane przez restauracje, których właściciele wystawiają plastikowe mini stoleczki i stoliki oraz przez niezliczone skutery. Chodzi się trudno, balansujac pomiędzy ulicą i krawężnikiem, omijając siedzących ludzi i pędzace motory. Totalny zawrót głowy. Najważniejsza zasada to iść do przodu, nie zatrzymywać się i nie dać się przejechać.
image

image
image

O Ha Noi i Wietnamie nasluchalam się wiele negatywnych opinii, że oszukują, że ludzie nieuprzejmi i miasto nieciekawe. A gdzie tam. Wspaniałe jest Ha Noi – dynamiczne, kolorowe, głośne i duszne. Staruszki wysiadują przed kamienicami, handlarki w stożkowych kapeluszach sprzedają owoce, rowerzyści handlują kwiatami i papierem toaletowym, a skuterowi taksówkarze są zawsze chętni podwieź i zawsze skorzy do rozmowy (Gdzie idziesz? Pomóc ci?) . Jedyne w swoim rodzaju miasto.
image

image

image

image

W Ha Noi, stolicy Wietnamu, po raz pierwszy używam GPSa. Mam przeczucie, że w labiryncie uliczek o podobnych nazwach (Hang Ma, Hang Ba, Hang Ga) pogubie się, a muszę dotrzeć na dworzec, by kupić bilet na dalszą drogę. I to była dobra decyzja. Niby jak po nitce idę do dworca, ale maszyna przewidziała szybciej, nie uwzględniła ruchu na ulicy 🙂
W Ha Noi zwiedzam Świątynię Literatury Van Mieu oraz pierwszy uniwersytet Wietnamu – Quoc Gu Giam, Muzeum Ho Chi Minha i Mauzoleum, ale niestety spoznilam się i zbalsamowanych zwłok nie zobaczyłam (otwarte do 11 rano). Wybrałam się także na spacer w okolice jeziora Hoan Wiem, na środku którego stoi Wieża Żółwia Thap Rua.

image

image

image
image

image

image

image

image

image

image

Najwięcej czasu spędzam jednak na uliczkach Old Quarter, których nazwy pochodzą od rzemiosła i nazwy produktu, które jest na danej ulicy sprzedawane (np. Ulica Jedwabiu). Błąkam się bez celu godzinami i pocę, nie tylko ze względu na niemilosierny upał, ale ze strachu, by nie zostać przejechaną.

image

image

image

image
image

image

image
Ha Noi, 7, 13 Maja 2013

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »