Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Codziennik’ Category

Lubię jeść, wszyscy wiedzą 🙂 Widać 🙂
Tajskie jedzenie, najlepsze. Zielone curry z kurczakiem i ryżem, moje ulubione danie. Kiedy przyjechałam do Tajlandii z Nepalu, jadłam na śniadanie. Tajowie są mistrzami świata w przekąskach. Że zwykłej parówki na patyku (tak jak lizaki ) zrobili prawie danie narodowe. Można dostać wszędzie i o każdej porze, i zawsze dobrze smakuje. Na patykach można kupić też wiele innych przysmaków za grosze.

image

Jako, że jestem w Chiang Mai i szkół gotowania bez liku, idę gotować i ja. Jedziemy do szkoły już rano. Kuchnia wygląda prawie jak w Master Chef . Profesjonalnie! Najpierw pan kucharz opowiada nam o tajskiej kuchni. Potem daje nam do rozpoznania zielsko i wyjaśnia, co i z czym w tajskiej kuchni się gotuje. Następnie różne korzenie i cytryny, cebulki i warzywa, mleko kokosowe i pasty rybne, oleje i sosy oraz najważniejsze w kuchni tajskiej -papryczki chili.

image

Zasada jest prosta -najpierw gotuje On, a później my.

image

Wszystkie ozdoby do potraw ugotowalam, taka ze mnie kucharka 🙂

Pierwsza zupa Tom Yam Goong, czyli najpopularniejsza ostro-kwaśna zupa tajska z krewetkami.
image

Potem tajskie ciasteczka rybne Tord Man Plaa z sosem orzeszkowym. Się mi za późno przypomniało o zdjeciu i musiałam pożyczać 🙂
image

Trzecie danie to moj hit, czyli kurczak w zielonym sosie curry – Gaeng Theo Wat Gai. Ostre danie na mleku kokosowym.
image

Następnie Pad Thai , czyli noodle z dodatkami. Najpopularniejsza tajska potrawa. Szybko, smacznie, tanio, zawsze i wszędzie .My gotujemy z tofu i suszonymi krewetkami.
image

Deser skonsumowany bez zdjęcia 🙂

I na koniec jeszcze sałatka z mielonego mięsa z kurczaka z mieta Laap Gai.
image

Oczywiście zapomnialam o zdjeciu przy garach i mam jak już kuchnię posprzatali 🙂 ale w fartuchu 🙂
image

W Tajlandii się po prostu objadlam. Oprócz zielonego sosu, w jednej z tajskich jadalni, zamówiłam kurczaka w żółtym curry z żółtym makaronem (tak było w menu dokladnie) i umarlam 🙂 Trzy obiady z rzędu. Nie wiem, co tam dodali, było mocno mleczno -kokosowe i ostre.
image
Do kurczaka grillowanego najlepsza papaya salad. Rewelacja!
image

Na śniadanie lubiłam naleśniki. Udało mi się zrobić fotke, nim pochłonęłam.
image

Ale absolutnym hitem był klejacy się ryż z mlekiem kokosowym i świeżym mango. Jadlam codziennie…. właściwie to kilka razy dziennie 🙂 I zapijalam sokiem z mango. Mango w Tajlandii bije wszystko na głowę. I choćby z tego względu warto przejechać do Tajlandii…. żeby jeść.
image

Chiang Mai 12-22 Kwietnia 2013

Reklamy

Read Full Post »

W Muktinath swietowalismy zdobycie Przełęczy przy pizzy i piwie .Choć dla wielu  trekking kończy się właśnie tutaj i zjeżdżają jeepami na dół, my idziemy dalej. Odkąd wybudowano drogę, pętla Annapurny nie jest już tak popularna, gdyż szlakiem jadą jeepy i motory, co skutecznie odstrasza trekkersow.
image

Jesteśmy wciąż na wysokości 3400m, więc droga w dół będzie długa. Ale nam się nie spieszy. Wychodzimy dopiero po 10. Dziś mamy w planie dojście do Kagbeni 2800 m. Idziemy droga alternatywną przez wioski Jhong i Chhonikhar, dzięki czemu ominiemy główną drogę, a po drugie i ważniejsze  podziwiamy obszar  Górnego Mustangu. Przez cały dzień jesteśmy jedynymi turystami, którzy idą tą drogą. Krajobraz już od Muktinathu jest niesamowity  – wysokie góry wciąż są ośnieżone, a dolne partie jakby gołe, prezentują się w odcieniach brązu. Idziemy razem, ale osobno. Po kilku godzinach marszu odsłania się przed nami Górny Mustang. Droga prowadząca nie wiadomo gdzie, nieograniczona przestrzeń, hulajacy wiatr, cisza i czas, który jakby się zatrzymał. Rozkladam ręce na boki, zamykam oczy i plyne. Mustang to moje największe zaskoczenie na tym trekkingu. Surowy, suchy, jakby pustynny krajobraz z niesamowitą grą kolorów ziemi – żółtym, czerwonym i brązowym. I pustkowie ciągnące się kilometrami.
image
image

image

image

image

image

image

W Kagbeni 2800 m zachowujemy się co najmniej dziwnie. Z szeroko otwartymi oczyma stajemy przed hotelami na których napis głosi Wi-Fi, przed cukiernia z drozdzowkami robimy wielkie ‚wow’, ale hitem była radość na widok gniazdek elektrycznych w pokojach. Wróciliśmy do cywilizacji!
image

Kolejną wioską, do której idziemy to Marpha 2670 m. Tu wiosna rozpanoszyla się na całego, kwitną jablonie i zboże kielkuje . W Marphie (jablkowej krainie ) pijemy pyszny jabłkowy cider i jemy szarlotke z czekolada i posypka.
image
image

Następny dzień nam się nie udał. Od rana jest ciemno i ponuro, mzy i mgły unoszą się nad ziemią. Dziś po prostu idziemy naprzód , szybko i bez ciągłego obracania się za siebie. Tym sposobem pokonujemy dwudniowy dystans i wieczorem znajdujemy się w Ghasa 2010 m. Jesteśmy jedynymi turystami w hoteliku, leje deszcz, prądu nie ma, trzeba iść spać.
image

Kolejny dzień jest za to cudowny. Zeszlismy już tak nisko, że klimat diametralnie się zmienił. Weszliśmy w strefę tropikalna. Zieleń się zieleni, z gór płyną wodospady, drzewka pomarańczowe owocuja. Gdzieś daleko za nami widać czubki osniezonych szczytów. W samo południe meldujemy się w Tatopani 1200 m. Po pierwsze pierzemy, po drugie jemy pomarancze, po trzecie zanurzamy się w naturalnie gorących źródłach. Jest bosko.
image

image

Tutaj swoją drogę kończy Toni, my z Serena postanawiamy być twarde i rano ruszamy w drogę na Poon Hill 3200 m. Trochę się smiejemy z siebie, bo dopiero co zeszlysmy na te 1200 m, a dziś znów pod górę. Szlak prowadzi stromo po kamieniach i wśród niesamowitej roślinności.
image
image

image

Drogę do Gorephani dzielimy na pół i dochodzimy tylko do Chitre 2350 m, gdzie jest głucho i ciemno. W wielkim guest housie jesteśmy tylko my. Rano następnego dnia, po zaledwie dwóch godzinach, dochodzimy do wioski Gorephani 2870 m – bazy na Poon Hill. Zaskakuje nas ilość turystów w tej wiosce, bo przecież tylko my szlysmy z Tatopani. Wieczorem pogoda się psuje. Nadciagaja ogromne klebiaste chmury i mgła, i deszcz. Nadszedł nasz ostatni dzień. Dziś wstajemy przed 5 i ruszamy od razu na wzgórze zobaczyć wschód słońca. Mówili , że półtora godziny, my z Serena jesteśmy tam po zaledwie 40 minutach i ku naszemu zaskoczeniu przybywamy pierwsze. Po jakimś czasie zaczynają nadchodzic turyści, głównie japońscy. Czekamy i czekamy , ale wokół nas tylko mgła. Na chwilę tylko chmury odslonily kawalek szczytów. Po dwóch godzinach schodzimy ze wzgórza. Miał być oszałamiajacy widok na Himalaje, a była tylko himalajska mgła. Cóż, wychodzi na to, że muszę tu jeszcze wrócić.
image
image

Z Gorephani wyruszamy po 8 na ostatni odcinek naszej drogi. Przez las, z drzewami osnutymi mchem, wśród kwitnących właśnie drzew rododendronowych i we mgle schodzimy przez wioski Ulleri, Birethani, Thikhedhunga aż do Naya Pul . Pokonujemy parę tysięcy kamiennych stromych schodów w dół . Czujemy jak nasze łydki się trzęsą. Na szlaku spotykamy dziesiątki grup turystów idących w górę na Poon Hill. Wszyscy nam zazdroszczą, że my już w dół, ale przecież nie wiedzą, że to siedemnasty dzień marszu. Mamy zabójcze tempo i w Naya Pull jesteśmy po godzinie 14. W strugach deszczu, z bananami na buziach, wsiadamy do autobusu do Pokhary. Tak oto zamyka się pętla Annapourny.

220 km pieszo, 17 dni, z Besisahar przez Thorong La Pass do Naya Pul. Przez zielone wzgórza i tropikalna pogodę do krainy śniegu, mrozu i znów w tropiki, od krainy Gurungow i Manangow do tybetańskich wiosek i tereny ludu Thakali. Przez góry i doliny, łagodne ścieżki i strome osuwiska, przez bloto, śnieg i lod, ciężko dyszac i sapiac do celu.
Kiedy ktoś mnie spyta, ale po co ? – to mam prostą odpowiedź – bo w życiu trzeba sobie stawiać wyzwania. Bo czasem trzeba siebie sprawdzić i zobaczyć, ile się może. Przecież ja nie jestem żadnym tam górskim lazikiem, choć wszyscy wiedzą, że non stop na chodzie jestem 🙂 Doświadczenie Annapurny można przenieść na życie, i wtedy jasno i wyraźnie widać , że w życiu wszystko jest możliwe, jeśli tylko się chce, przy odrobinie chęci i determinacji. Jeśli mnie spytacie, czy byłam zmęczona – nie byłam i mówię to z ręką na sercu. Rano wstawalam i po prostu szlam dalej. Poczułam ten trekking dopiero w Pokharze, gdy obudzilam się jak zwykle przed 6 i chciałam iść, ale już nie było żadnej drogi. I wtedy poczułam , że energia opadła i tak trudno było zejść z łóżka. Cały dzień siedzialam w kawiarnianym ogrodzie – pilam i jadlam na przemian 🙂 Żadnych ruchów. Annapurna to życiowa przygoda, taki all inclusive – wspaniałe widoki, droga pod górę i w dół, wysiłek fizyczny i oczyszczenie przestrzeni mentalnej , niebieskie niebo i wolne ptaki, to medytacja serca, która pozostawia ślad na zawsze. I po trzecie, jeśli mnie spytacie, czy było warto pocic się i spalić sobie nos, to wiadomo, że powiem , że warto, bo dla siebie samego powinno się tu zrobić wszystko.
image

A na koniec przyznam się, że moim marzeniem nie był trekking wokół Annapurny, a do bazy Everestu, który jest i zawsze będzie moją ukochaną górą. Ale wiecie, w życiu trzeba mieć jakieś marzenia i dążyć do ich realizacji, więc dalej marzę o Everescie i czuję, że się spełni BO W ŻYCIU WSZYSTKO JEST MOŻLIWE 🙂
image
Zdjęcie zrobione po dotarciu z przełęczy do hotelu. Włosy 7 dniowe, czapka nie była ściągana przez cztery dni, a nos i usta sie przypiekly trochę 🙂
Annapourna 15-21 Marca 2013

Read Full Post »

Opuszczam Indie, bo mi wiza wygasa. Do Kathmandu przylatuje z Kalkuty. Widok z samolotu na Himalaje oszalamia. Początkowo myślałam, że to chmury tworzą ten postrzepiony, niekonczacy się biały pas. W Kathmandu można bardzo szybko się rozczarować. Nie widać tu gór, a chaos, który tu panuje może wręcz zniechęcić. Wąskimi uliczkami jadą samochody, motory, riksze i idą piesi, przepychajac się między sobą. Pierwszym moim zakupem jest maska na twarz . Skażenie powietrza jest tak ogromne, że aż trudno uwierzyć, że jestem w Himalajach. Już na lotnisku taksówkarze próbują mnie oszukać. Ale ja jadę z Indii, więc nie ze mną te numery. Taksówka dowozi mnie na Thamel , gdzie szybko znajduję hotel. Thamel, czyli dzielnica turystyczna, tętni życiem od samego rana do późnego wieczora. Ilość sklepów z odzieżą i sprzętem turystycznym przyprawia o zawrót głowy. Mimo, że większość sklepów oferuje podróbki znanych marek za niewielkie pieniądze , łatwo można się zapomnieć i wydać fortunę. Na mnie największe wrażenie robią tutejsze księgarnie. Gdybym mogła , zabralabym jedną do domu. W Kathmandu , jak zresztą w całym Nepalu, najbardziej irytuje brak prądu. Codziennie w wyznaczonych godzinach, po prostu go nie ma. Żeby nie było zbyt pieknie, zdarzają się także niezapowiedziane przerwy w dostawie, na które już nikt nie ma wpływu. Jednak sklepy i restauracje nadal serwuja gorace napoje i posiłki, gdyż wszystkie obiekty w mieście korzystają z generatorow i akumulatorów. W Kathmandu spędzam w sumie 3 dni, zwiedzam i kupuję. Od razu mówię , że nigdy w życiu żadne zakupy mnie tak nie wykończyły, jak te. Po dwóch dniach byłam specjalistką od spiworow. Po jednym dotknięciu, potrafilam ocenić , czy jest 100 procent gęś czy 90/10 i do jakiej temperatury się śpiwór nadaje. Była to jedyna opcja, żeby nie zostać oszukana. Kiedy miałam już wszystko, zaczęłam zwiedzanie. I żeby nie sklamac i nie pisać tu poematów wychwalajacych – Kathmandu jest ok, ale z zachwytu na kolana nie padlam:-)

Widok na Dolinę Kathmandu ze wzgórza, na którym znajduje się Świątynia Małp.

image

Stupa Swayambunath zwana też Świątynią Małp ze względu na ilość małp mieszkających wokół świątyni.
image

Iskanie pchel 🙂

image
Obracanie tybetańskich młynków modlitewnych przez buddystow jest jak wypowiadanie modlitwy z tym, że obracać można szybciej, co zwielokratnia modlitwę.

image

Mlynki modlitewne, zwane przez buddystow Mani, z mantrami wyrytymi na ich powierzchni.

image

Na placu głównym Kathmandu – Durbar Square.

image

image

image

Kala Bhairav, czyli Czarny Bhairav, jedno z wcieleń Siwy.

image

Oczy, nigdy nie wiadomo skąd na ciebie spojrza.
image

Taksoweczka w Kathmandu:-)
image

Kathmandu 1-3 Marca 2013

Read Full Post »

Jaipur

Z Puszkaru wyjeżdżam rano autobusem do kolejnego miasta.Jaipur. Podróż trwa jedynie 5 godzin i większość czasu przesypiam, bo nic ciekawego nie dzieje się za oknem. Gdy wysiadam na dworcu autobusowym uderza mnie chaos i tłum. Niby normalka w Indiach, ale jakby intensywniej. Szybko znajduję hotel i zaraz ruszam w miasto. Już po kilku krokach wiem,że nie odbędzie się bez rikszy. Smog, kurz, hałas,ruch jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Wszyscy o tym piszą,ale doświadczyć to zupełnie inna historia. Zwiedzam obserwatorium Jantar Mahal i najslynniejszy budynek czyli Pałac Wiatrów, który jest zatloczony do granic możliwości. Przechadzam się ulicami miasta,a raczej przepycham łokciami i próbuje przejść na drugą stronę ulicy, co jest nie lada wyzwaniem. Wzdłuż ulic starego miasta ciągną się niekończące się bazary. Idę zobaczyć handel z tkaninami. Od ilości i kolorów dostaję oczoplasu. Mężczyźni sprzedają, kobiety kupują. To są prawdziwe dzieła sztuki i kosztują setki euro. Wieczór nadchodzi szybko, a ruch nie topnieje, wręcz mam wrażenie, że się wzmaga. I wcale mi się nie wydawało. W hotelu pan recepcjonista wyjaśnia mi, że trwają egzaminy do policji, stąd tysiące mężczyzn udaje się do przydZielonych punktów na egzamin. Autobusy przeladowane, siedzą nawet na dachach. I tak przez dwa dni, akurat jak ją tu jestem. Drugiego dnia idę zobaczyć zwiedzić Pałac Miejski, muzeum Alber Hall, a potem udaję się kilka kilometrów za miasto by zobaczyć Amber Fort. Niesamowicie ogromna budowla ciągnie się kilkaset metrów na wzgórzu. Podejście jest strome,a widok boski. Po dwóch godzinach bladzenia między murami, zachodze do galerii. I tu zdarza mi się coś nieoczekiwanego. Wpatruje się w obraz i chcę go mieć. Portret kobiety z Radzastanu, taki bajkowy, w kolorze zielonym. A przecież ją nie przepadam za zielonym. Rozmawiam z panią o tym obrazie, oczywiście mnie namawia na kupno, ale jak ja to zabiore. Postanawiam być twarda i nie kupuję. Wychodzę, idę, idę i nagle wracam, prosto do galerii i kupuję obraz. Spędzam tu jesZcze godzinę, bo dogaduje szczegóły wysyłki, piję kawę i rozmawiam o mojej podróży. Zadowolona wracam do miasta. Idę sobie wzdłuż ulicy i straganów, hałas męczy, buzię muszę zastawiać, bo po prostu nie da się oddychać, odganiam sprzedawców,patrzę non stop pod nogi, żeby nie wdepnac w coś, oczy mam naokoło,żeby mnie nikt nie potrącił riksza lub rowerem, przeglądam się że zdziwieniem mijającym mnie zaprzegom z wielbladami, odpowiadam na te same pytania co parę minut, macham przyjaźnie ręką do tych, którzy do mnie machaja. Nie ogarniam tego, co się wokół mnie dzieje. I nagle z tego wszystkiego, do rzeczywistości przywracają mnie słonie. Spod ziemi, nagle koło mojego nosa przechodzą słonie. W ułamku sekundy wbijam się między stragany z owocami, a tu kolejne idą. Otwierają paszcze, a pan wrzuca im po bananku, są tak blisko, że mogę dotknąć ręką. I to jest ten moment, kiedy wiem, że czas opuścić Jaipur. To,co ludzie piszą,że w Jaipurze jeden dzień wystarczy dociera do mnie że zdwojoną siłą. Ja spedzialam dwa, o jeden dzień za długo 🙂

Jaipur,5-6 Stycznia 2013

Zdjęć brak,bo karta jest uszkodzona 😦 podobno są spece od odzyskiwania,ale na razie jestem bezradna 😦

Read Full Post »

Po powrocie z Ranakpur, spedzam jeszcze kilka godzin w Udaipurze, pakuje sie, jem kolacje i w droge. Mam nocny pociag do Ajmeru, skad pojade dalej autobusem do Puszkaru. Los chcial, ze moja prycza w pociagu jest zaraz przy wyjsciu, i niezle mnie przewiewa w nocy. Kiedy wysiadam o 4 rano na stacji w Ajmerze jest ciemniutko,a na zewnatrz przed budynkiem dworca  pala sie male ogniska wokol ktorych siedza zgromadzeni ludzi. Jest zimno. Indyjczycy nie nosza  kurtek, za to wszyscy, mezczyzni i kobiety, owijaja sie wielkimi szalami lub kocami. Niezly widok! Po godzinie na dworcu, jade riksza na przystanek autobusowy skad zapakowany na maksa autobus (jest 5 rano) zabiera mnie do Puszkaru. Po pol godzinie wysiadam w miasteczku.Jest cicho i glucho. Wchodze do pierwszego hotelu, ktory zauwazam. Pan mowi zaspanym glosem, ze ma wolny pokoj. Nie ogladam, po prostu ide tam, wyjmuje spiwor, zdejmuje buty i w calym opakowaniu wskakuje i zasypiam. Kiedy budze sie kilka godzin pozniej i wychodze przed hotel, slonce swieci, a wokol indyjski gwar szybko mi przypomina gdzie jestem. Pije herbatke z imbirem, cytryna i miodem, moj ulubiony trunek w Indiach, zbieram sily i ide na miasto. Uliczki w miasteczku sa                                   waskie i mocno zaludnione lokalnymi, ktorzy sprzedaja,co tylko moga. Kiedy docieram do centrum turystycznego, skupionego wokol ghatow, czyli schodow prowadzacych do wody, atakuja mnie dzieci proszace o pieniadze lub placek ciapati. Sa brudne, wlosy maja potargane, a oczy maja zywe i dobrze wiedza, co powiedziec. Nastepnie cyganki prosza bym zrobila im zdjecie, oczywiscie pozuja za pieniadze. Kiedy wchodze na pierwszy ghat zostaje zaatakowana przez braminow, ktorzy wciskaja mi kwiatek w reke i kaza isc do jeziora wrzucic, bo taki tu jest rytual. Nie zdazylam sie nawet  rozejrzec dookola, a juz mam sto kwiatkow w rece i krzycza na mnie ze musze isc juz, juz, juz. A ja to se chcialam usiasc, popatrzec na ghat i wiernych, pokontemplowac… Poslusznie ide do jeziora i wrzucam kwiatka, ale to nie koniec. Teraz  musze odprawic ich rytual, powtorzyc slowa mantry, wrzucic kolejne  kwiatki do wody, wziac w rece kokosa, a potem zaoferowac kwote pieniezna, ktora chce podarowac braminom.  Wszystko dzieje sie blyskawicznie. Kiedy dochodzi do wersu z pieniedzmi – zacinam sie, nie powtarzam slow, co spotyka sie z niezadowoleniem pana ksiedza. Mowie mu, ze moge mu dac 100 rupii, a on na to, ze to za malo, wiec mowie, ze wiecej nie mam. Obrazil sie i odszedl. Potem inni przychodza i cos tam nad moja glowa pomstuja. Wychodze z ghatu zdegustowana. Wzielam udzial z braminskim rytuale wbrew sobie i jeszcze mi sie dostalo,ze za malo chcialam dac datku,ktory nota bene jest  dobrowolny. O ludzie. W Puszkarze sa 54 ghaty, wiekszosc z nich funkcjonuje na tej samej zasadzie. Wykorzystywanie naiwnosci turysty dopracowano tu do perfekcji. Przez dwa dni pobotu w Puszkarze, kiedy tylko szlam w okolicy ghatu, zaraz pojawial sie pan, ktory wyciagal kwiatek z kieszeni i wrecz rozkazujacym tonem kazal isc do jeziora wrzucic. Takim to sposobem caly magnetyzm Puszkaru,o ktorym trabia w przewodniku i na stronach internetowych, prysnal jak banka mydlana. Drugiego dnia, kiedy pilam herbatke, jakas starsza pani zawowlala mnie ruchem reki i pozwolila zrobi zdjecie ghatu, tak po prostu, ludzka zyczliwosc. Wieczorem w hotelu, rozmawialam z wlascicielem o braminach i o tym, w jak sposob sie to wszystko odbywa. Pan Hindus powiedzial, ze wie, ze bramini stosuja te dziwne sposoby wyludzenia pieniedzy i dotyczy to wyznawcow innych religii, nawet jego jako Hindusa. Smutna rzeczywistosc. Zeby uciec od tych wszystkich naganiaczy, drugiego dnia poszlam do swiatyni Saraswati, ktora znajduje sie na niewielkim szczytcie okolo 800 m. n.p.m. Stad roztacza sie widok na Pushkar i okolice. Pusto, malpy i trzech turystów.
image

image

image

image

image

image

Pushkar, 3-4 Stycznia 2013

Read Full Post »

Wigilia

Święta w tym roku nietypowe, bo nieprzygotowane. Wszyscy mnie serdecznie zapraszali na Wigilię, ale kto pierwszy ten lepszy;-)) Miałam nic nie kupować, nie nie gotować, piec, zero sprzątania, w ogóle miałam tylko być. Fajnie, myślałam, raz w życiu pójdę na gotowe, Boże dzięki ci, że ten cały świąteczny chaos jest poza mną. Jakże ja się grubo myliłam. U koleżanki wylądowałam już o 15, gotowa zasiąść do wigilijnego stołu, ale stołu nie było. No cóż, przecież mogę to wszystko zorganizować. Parę chwil później okazało się, że nie ma opłatka, uszek, zupy grzybowej, a karp nadal pływa. Śmiałam się do rozpuku. Ale myślę, powoli, wszystko da się zrobić, i tak czekamy na chlopaka koleżanki, który dzielnie rozwoził paczki z Polski rodakom w Irlandii. Co chwila telefon kontrolny: ‚Artur, to za ile będziesz???’ A on, że za 5 godzin, za 4, nie wie, ale JUŻ jedzie do domu. No to jak tyle czasu, to chwyciłam za fartuch, nóż i do roboty. Sprawy nie ułatwiał dwulatek domagający się uwagi i 6-miesięczna księżniczka, którą przygarnęłyśmy pod opiekę, bo rodzicom przyszło pracować do… 21. Powolutku, myślę, oby 24 grudnia, a o której, jakie to miało znaczenie. Dorotka kroiła warzywa na sałatkę, ja pieczarki na wegańskie gołąbki. Do dziś nie wiem, dlaczego akurat te potrawy miały znaleźć się na wigilijnym stole, ale plan to plan, i trzeba się go trzymać. Kapucha się parzyła, farsz nabierał ostrości, a my humoru. Po gołąbkach ubijałyśmy śmietanę do ciasta, po 20 minutach okazało się, że Dorotka wlała 18, więc szanse marne. Ubijamy 30. Ciasto frunie do lodówy. Sos grzybowy teraz. Posłusznie robię, ale nagle pytam, a do czego ten sos??? No jak to, do pierogów… ruskich. Ok, nie protestuję, bo po co. Ja w końcu gość. A potem jeszcze uszka, to nic, że nigdy ich nie robiłam, zwijałam, czy gotowałam. Woda, mąką i You Tube, no bo trzeba jakoś to zawinąć. Dorota panikuje, że moje uszka piękne, zgrabne, mięciutkie, a jej pierogi się kleją i grube, więc może zrobimy pierogi jeszcze raz. O nie!!!!!Zresztą nie mamy już czasu. Karp, Dorota dzielnie ucina łeb, tylko co dalej??? Wrzucamy do naczynia żaroodpornego, posypujemy ziołami, papryka, cebula, por, kropimy oliwą i do piekarnika. Co będzie to będzie. Dwudziesta dobijała, a to był nasz i Artura deadline. Nagle telefon, więc mamy atak paniki, bo my nie gotowe, a Artur nam oświadcza, że jeszcze z pół godziny jak nic, bo paczkę musi Marcinowi zawieźć. Jakiemu Marcinowi???? Wybuchamy śmiechem. Mamy więc kolejne minuty do zagospodarowania. Przenoszę stół, palimy świece, ustawiamy wszystko,odkurzam, a Dorotka, że nie ma drewna do kominka, to znaczy jest, ale nie porąbane. Ja nie porąbię??? Lecę do garażu, odnajduję siekierę, ale jakoś nie mogę, ale obok jest piła, no to tniemy. Dorota popłakana dosłownie, ja się trzęsę, ze śmiechu. Mam cztery kawałki, lecę do kominka, posypujemy trocinami, zapałka, płonie;-)). No to teraz MY. Tusz, fluid, cienie lądują na kuchennym stole, jest prawie 21. Wchodzi Artur, wygląda jak zwłoki, ale uśmiechnięty. „Artur, no za wcześnie, my nie gotowe”. Ostatnie ruchy maskarą, wrzucamy uszka do gara, barszczyk do dzbanka na herbatę, opłatek w dłoń, ogień w kominku o dziwo bucha jak szalony i już są życzenia, uśmiechy, i radość, że się udało tego 24.

Read Full Post »

Przygotowania

Przygotowania do podrozy nie trwaly dlugo. Byla kwestia ustalenia trasy, ktora i tak jest wciaz nie znana. Chodzilo raczej o ogolny zarys, ktore kraje chcialabym odwiedzic. Wybor niby prosty, bo Indie, chocby nie wiem co, a reszta? I tak podroz zaczelam, a trasy nadal nie ma.

Kiedy rok temu powiedzialam, ze jade w podroz i rzucam prace, chyba nikt nie wzial mnie powaznie,nawet ja sama chyba nie za bardzo. Potem zaczely sie klopoty zdrowotne, wizyty lekarskie, ktore nie wnosily nic nowego. Nastepnie zaczal sie nowy rok, dni mijaly i w koncu wyznaczono termin w szpitalu na maj. Odczekalam swoje, w lipcu uzyskalam zgode na urlop bezplatny, kupilam bilet do Mumbaju na wrzesien i zaczelam przygotowania. . Nawet polecialam do domu sie pozegnac, zeby nie bylo, ze jestem wyrodna corka. I co? Zdarzyl sie ten wyrostek, dwa tygodnie przed odlotem. Plakalam w szpitalu non stop, bo to oznaczalo nie tylko, ze nie polece, ale ze i jogi nie bede cwiczyc jeszcze dobrych kilka mieiescy. Dramat. Zaczelam tez czytac fora, z ktorych sie dowiedzialam, ze minimalny okres rekonwalscencji i powrotu do aktywnosci fizycznej to 3 miesiace, a niektorzy nawet wspominali o 6 miesiacach. Przez dwa miesiace sie turlalam, wciaz mnie bolalo i klulo. Konca tego stanu nie bylo widac. W koncu zdalam sobie sprawe, ze jak nie wylece w grudniu, to bede musiala wszystko przelozyc na wrzesien przyszlego roku. I to mnie dobilo. Postanowialm wziac sprawy w swoje rece. Pojechalam do lekarza, zrobilam usg, pan powiedzial, ze moge fikac koziolki. Godzine pozniej mialam przebukowany bilet. Zabralam sie za przygotowania pelna para. Czytalam, czytalam, planowalam, w pracy przerabialam w glowie trasy pociagow i autobusow. Po ciezkich dwoch tygodniach pakowania calego dobytku, wymeczona, niewyspana, wylecialam. Chyba nie tylko ja odetchnelam z ulga.

Kwestie organizacyjne. Wiza indyjska uzyskana w Ambasadzie Indysjkiej w Dublinie, przyznana na 6 miesiecy. Lecialam liniami Turkisch Airlines z Dublina do Mumbaju, a potem jeszcze do Dabolim liniami IndiGo. Z Dabolim taksowka jedyne 1,5 godziny do Arambol. Moj plecak wazyl 8,5 kg plus aparat. To duzo za duzo i za tydzien jak bede opuszczac Arambol, mam plan, ze wyrzuce pare gratow.

Podroz zaczela sie 12 grudnia 2012. Piekna data, wybrana ze wzgledu na cene biletu.

Dodam jeszcze, ze choc nie mam zadnych obowiazkow poza kursem jogi, brak mi czasu na bloga. Ale wpisy beda.

No to w droge;-)

Read Full Post »

Older Posts »