Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Maj 2013

image

Zatoka Ladujacego Smoka. Śliczna nazwa. A zatoka jeszcze ładniejsza. Nie dziwi więc fakt, że została uznana za jeden z nowych cudów natury. Wybieram się na wycieczkę z noclegiem na łodzi na wodach zatoki. Rano, autobusem jadę do Ha Long City około 3,5 godzin. Lunch jem już na lodzi. Wszyscy mówią,że jedzenia tyle, że nie można przejść. Ja tam radę dałam i dzielnie dotrwalam do dania siódmego, zapilam piwem Ha Long i padlam na górnym pokładzie 🙂
image

Moje wyobrażenia o spokojnym, relaksujacym rejsie szybko uległy zmianom. Najpierw pan przewodnik pyta czy chcemy popływać, bo gorąco. No chcemy, chcemy. Potem, czy chcemy zobaczyć jaskinię, no pewnie, że chcemy. Następnie znow pyta, czy chcemy popływać kajakami. I znów chcemy. A na koniec, czy chcemy zobaczyć zachód słońca z punktu widokowego. Tylko ja chcę… reszta poszła pływać. Kolację jem najdłużej, bo mi szkoda tego pysznego jedzenia. Jeszcze przed pójściem spać, upewniam się u przewodnika, że jutro już na pewno tylko będziemy płynąć, bo chciałabym sobie po prostu polezec i popatrzeć 🙂
image

image

W zamierzchłych czasach gdy Wietnamczycy walczyli z najeźdźcą bogowie zesłali rodzinę smoków, aby pomóc w obronie kraju. Smoki wypluwając perły, które po zetknięciu z wodą zmieniały się w jadeit uformowały mur. Okręty wroga roztrzaskały się o skały co pozwoliło oprzeć się atakowi. Po wypełnieniu obowiązków smoki zdecydowały pozostać na Ziemi, a miejsce, w którym wylądowała matka smoków zostało nazwane Ha Long Bay.
image

Inna legenda nagłosi, że ten archipelag jest czubkiem długiego grzebienia ogromnego smoka, ducha wody, który spoczywa na dnie morza, gdzie schronił się po napaści na wrogów swego kraju. To jemu oraz czapli, duchowi gór, zawdzięcza się powstanie narodu wietnamskiego.
image

image

Ha Long, 14-15 Maja 2013

Reklamy

Read Full Post »

A wskoro już jestem w północnym Wietnamie, to w niedzielę jadę na rynek w Bac Ha. Oddalony o ponad 3 godziny jazdy mini busikiem od Sa Pa, jest nie lada atrakcją. Droga prowadzi wśród gór i dłuży się niemiłosiernie. A na rynku tlum miejscowych i turystów. Myślałam, że będzie to ogromny targ, a tu raptem parę uliczek. Atrakcją są na pewno kolorowo ubrane kobiety z plemienia Kwiaty Hmong , Phu La czy Dao Tuyen. Przyjeżdżają tu z okolicznych wiosek i kupują te piękne kolorowe spódnice i chusty. Cóż uleglam tubylczej  modzie, i z pomocą dziewczyn, też sobie kupiłam spódnicę. Gdy zobaczycie na ulicy mega kolorową  niebieską kiecke z fluorescencyjnymi paseczkami – to ja 🙂

Uwaga! Uwaga! Nastąpi eksplozja kolorów 🙂

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Bac Ha, 12 Maja 2013

Read Full Post »

Z dusznego Ha Noi jadę nocnym pociągiem do górskiej miejscowości Sa Pa. Temperatury tutaj są o kilka stopni niższe i można swobodnie oddychać. W Sa Pa jestem wcześnie rano, ale życie na ulicach tętni na całego. Autobusy i skutery jeżdżą jak szalone,naganiacze hoteli szukają swoich ofiar, turyści przyjeżdżają i odjeżdżają, ale najbardziej widoczne są ONE. Kobiety z plemienia Hmong. Ubrane na czarno, z wiklinowymi koszami lub dziećmi na plecach, energicznie balansuja między turystami, szukając okazji by coś sprzedać od samego rana. Są nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu – wysiaduja na kraweznikach, schodach, witrynach sklepowych. Pracują i te bardzo młode, i te dużo starsze. Można je spotkać dosłownie wszędzie, zawsze uśmiechnięte i chętne do pogawędki, która zawsze kończy się tym magicznym słowem – shopping.

image

image

image

image

Trzeba im przyznać, że są przesympatyczne, dobrze zorganizowane i wypracowały własne techniki sprzedaży. Skuteczne techniki , bo ostatecznie każdy coś kupuje, głównie dla świętego spokoju:-) Te kobiety pokonują dziennie kilkadziesiąt kilometrów chodząc za turystami, nie tylko po mieście, ale w czasie trekkingu po okolicznych wioskach. Bez zadyszki, mimo, że tereny tu są górzyste, w plastikowych sandalkach lub klapkach, pokonują wszystkie strome i kamieniste podejścia, a jak potrzeba to i pomogą spoconemu turyście.
image

image

image

image

W Sa Pa spędzam o wiele więcej czasu niż planowalam. Chodzę sobie po okolicy w towarzystwie czarnych dam:-) Idę do oddalonej o kilka kilometrów wioski Cat Cat przez wzgórza, aż dochodzę do wodospadu Cat Cat. W wiosce są głównie sklepy z rękodzielem. Można kupić wyszywane torebki, torebeczki, paski, kurtki, spódnice. Targować trzeba długo , bo to są twarde zawodniczki, a do tego działają w grupie i każda ma coś do powiedzenia:-)
image

image

image

image

Kolejnego dnia wybrałam się na zorganizowany trekking do wioski Lao Chai. Idziemy przez kika pierwszych kilometrów w obstawie, oczywiście, i z przewodniczką z plemienia czarnych Hmongow. Gdy kobiety nas opuszczają, zapraszają do zakupów. Nie ma rady i kupić trzeba:-) Podziwiamy wspaniałe tarasy ryzowe, niektóre porośnięte młodym ryżem, inne czekające na zasiew. Te niesamowite kaskady ciągną się kilometrami, dla nas atrakcyjne widoki, ale dla ludzi tu żyjących, to miejsce ciężkiej pracy i główne źródło pożywienia. Nie spotykamy tu wielu ludzi. Odnoszę wrażenie, że chowają się przed turystami. Za to bardzo przyjemnie chodzi się po tarasach ryzowych, gdy nikt nic od nas nie chce.

image

image

image

image

image

W Sa Pa organizuje sobie też dwudniowy trekking na najwyższy szczyt Wietnamu – Fansipan. Niestety, jeśli się chce iść, to trzeba zaakceptować zasady, które tu obowiązują i nawet ulec oszustwu, tak jak ja. Przeszłam wszystkie biura podróży w Sa Pa i wszystkie zgodnie twierdziły, że przez dwa dni rzędu, nikt nie wychodzi na szczyt i jeśli chcę iść, to tylko jako prywatna wycieczka. To oczywiście kosztuje odpowiednio więcej. Już po godzinie na szlaku wiedziałam, że to nieprawda. Co ciekawe, szedł chłopak z tego samego biura co ja, i też nie mógł znaleźć grupy. Więc idziemy w grupie, ale prywatnie. Tak to już jest w Wietnamie. Wejście na Fansipan nie wydaje się trudne, zwłaszcza, że jesteśmy już na 1600 m, więc do pokonania drugie tyle. Jednak góra ukryta jest za innymi i tak naprawdę trzeba przejść cały masyw, żeby dotrzeć na szczyt. Niestety, jak podają różne źródła, większość roku w tutejszych górach panują mgły. Mimo że pogoda jest dobra i nie pada, już na 2000 pojawiają się mgły. Widoki… nie ma widoków, zresztą większa część trasy prowadzi przez las. Na noc zatrzymujemy się w środku lasu, gdzie stoi blaszany namiot z drewnianymi podestami do spania. Warunki naprawdę prymitywne. Oprócz kilku Europejczyków, nocuje tu także ponad dwudzuestoosobowa wietnamska grupa. Rano doszliśmy do wspólnego wniosku, że Wietnamczycy nie potrafią spać 🙂
Mimo planów o wyjściu na szczyt o 5 rano, wyruszam dopiero po 6, bo rozpętała się burza. Po niecałych trzech godzinach bardzo trudnej wspinaczki po skałach, osiagam 3143 m i staję na dachu Indochin. Mgła dookoła, więc po paru minutach schodzę. Zejście jest fizycznie wyczerpujące, strome mokre skały i blotniste ścieżki pokryte wystającymi pedami bambusow. Po sześciu godzinach intensywnego marszu jestem z powrotem w Sa Pa. Do dziś nie wiem, co mnie pokusiło, żeby tam iść. Ale satysfakcja jest, a czy nie o to chodzi ?

image

image

image

image

image

image

image

Sa Pa 8 – 11 Maja 2013

Read Full Post »

W autobusie z Laosu do Wietnamu spędzam 25 godzin. Większość czasu przesypiam. Na granicy laotansko-wietnamskiej spędzamy jakieś 5 godzin. Uzyskanie pieczątki wyjazdowej z Laosu zajmuje tylko około godziny. Potem trzeba przejść przez teren niczyi około 2 km, wyciągnąć plecak z autobusu, założyć na plecy i dopiero można iść po pieczątkę wjazdową do Wietnamu. Pan w okienku nie odbierze paszportu, dopóki nie zapłaci się one dolar. Ludzie się burzą, bo jest to opłata nielegalna, tym bardziej, że wiza do Wietnamu podrożała w tym roku okrutnie i kosztuje aż 70 dolarów.  Dla ułatwienia, urzędnicy przyjmują równowartość dolara w innych walutach:-) Gdy dostaję moją pieczątkę jest już po 8, a więc wciąż mogę powiedzieć Good morning Vietnam 🙂 Gdy dojezdzam do Hanoi, jest wieczór następnego dnia , jestem wymeczona i chce mi się spać. Szybko znajduję hostel, doprowadzam się do ładu i idę na miasto jeść.
image

Pierwsze co uderza w Ha Noi, to ruch. Nieokiełznany, wielokierunkowy, chaotyczny i pozornie niebezpieczny. Do tego upał wspomagany przez ciepło wydalane z tysięcy skuterow oraz wysokie, stare kamienice, które dotykają nieba i zabierają resztki powietrza. Krawęzniki w Hanoi są okupowane przez restauracje, których właściciele wystawiają plastikowe mini stoleczki i stoliki oraz przez niezliczone skutery. Chodzi się trudno, balansujac pomiędzy ulicą i krawężnikiem, omijając siedzących ludzi i pędzace motory. Totalny zawrót głowy. Najważniejsza zasada to iść do przodu, nie zatrzymywać się i nie dać się przejechać.
image

image
image

O Ha Noi i Wietnamie nasluchalam się wiele negatywnych opinii, że oszukują, że ludzie nieuprzejmi i miasto nieciekawe. A gdzie tam. Wspaniałe jest Ha Noi – dynamiczne, kolorowe, głośne i duszne. Staruszki wysiadują przed kamienicami, handlarki w stożkowych kapeluszach sprzedają owoce, rowerzyści handlują kwiatami i papierem toaletowym, a skuterowi taksówkarze są zawsze chętni podwieź i zawsze skorzy do rozmowy (Gdzie idziesz? Pomóc ci?) . Jedyne w swoim rodzaju miasto.
image

image

image

image

W Ha Noi, stolicy Wietnamu, po raz pierwszy używam GPSa. Mam przeczucie, że w labiryncie uliczek o podobnych nazwach (Hang Ma, Hang Ba, Hang Ga) pogubie się, a muszę dotrzeć na dworzec, by kupić bilet na dalszą drogę. I to była dobra decyzja. Niby jak po nitce idę do dworca, ale maszyna przewidziała szybciej, nie uwzględniła ruchu na ulicy 🙂
W Ha Noi zwiedzam Świątynię Literatury Van Mieu oraz pierwszy uniwersytet Wietnamu – Quoc Gu Giam, Muzeum Ho Chi Minha i Mauzoleum, ale niestety spoznilam się i zbalsamowanych zwłok nie zobaczyłam (otwarte do 11 rano). Wybrałam się także na spacer w okolice jeziora Hoan Wiem, na środku którego stoi Wieża Żółwia Thap Rua.

image

image

image
image

image

image

image

image

image

image

Najwięcej czasu spędzam jednak na uliczkach Old Quarter, których nazwy pochodzą od rzemiosła i nazwy produktu, które jest na danej ulicy sprzedawane (np. Ulica Jedwabiu). Błąkam się bez celu godzinami i pocę, nie tylko ze względu na niemilosierny upał, ale ze strachu, by nie zostać przejechaną.

image

image

image

image
image

image

image
Ha Noi, 7, 13 Maja 2013

Read Full Post »

Z Vang Vieng do Vientiane to zaledwie 4 godziny autobusem. Mam zamiar spędzić tu tylko jeden dzień, bo wieczorem jadę już do Wietnamu. Rano po śniadaniu idę wypłacić pieniądze z bankomatu. Maszyna nie dość że nie wypłaca mi pieniędzy, to jeszcze zabiera bezprawnie kartę. Na bankomacie zero informacji po angielsku, jak postąpić w takiej sytuacji. Miejscowi pomagają mi zadzwonić do banku, ale nikt nie odbiera, bo jest niedziela. Jakiś chłopak zawozi mnie do głównego oddziału i tam znowu telefony. W koncu ustalili, że około 13 ktoś podejdzie i otworzy bankomat. Siedzę więc i czekam zamiast zwiedzać. W międzyczasie sprawdzilam konto i oczywiście mnie skasowali 🙂 Odzyskuje kartę, ale w sprawie pieniędzy mam się zgłosić do banku jutro o 14. Ponieważ za parę godzin opuszczam Laos, znowu wydzwaniam, tym razem do irlandzkiego banku. A tu oczywiście luz, wszystko załatwią – dont worry Katriazyna, have a nice trip 🙂 No to się nie martwię. Idę na obiad, zakupy na podróż i znowu czekam. O 18 w pięknym autobusie z miejscami leżącymi opuszczam Vientiane. Podróż do Hanoi ma trwać minimum 24 godziny 🙂

Good bye Laos 🙂
image

Vientiane 5 Maja 2013

Read Full Post »

O Vang Vieng nie przeczytałam wiele pozytywnego, ale i tak tam pojechałam. To takie miejsce w Laosie, gdzie ludzie jadą żeby się upic na dętce podczas spływu Mekongiem. Nazwali to tubing i przez lata tłumy jechały by uprawiać ten ‚sport’. Oczywiście lokalni zwęszyli interes i na brzegu Mekongu sprzedawali alkohol. Ze statystyk wynika , że conajmniej raz w miesiącu jedna osoba ponosiła śmierć w czasie zabawy. Rząd ukrócił kilka miesięcy temu tubing i wszyscy nielegalni sprzedawcy alkoholu oraz bary i platformy do skoków w promieniu 15 m od brzegu rzeki, musialy zniknąć. Dziś jest już o wiele spokojniej, ale chętni nadal są.
Samotny spływ na detce
image

Inną konsekwencja spływu na detce jest przemiana wioski w miejsce rozrywki. Restauracje i kawiarnie oferują leżące miejsca, na ścianie ogromny telewizor, na ekranie którego można oglądać bez przerwy Przyjaciół lub Simpsonow, hamburgery, pizza z grzybkami i beerlao. Chętnych nie brakuje, przedział wiekowy 20 lat. Jak dla mnie to za bardzo rozrywkowe miejsce, ale podobno teraz to już nic w porównaniu z tym, co się tu działo parę miesięcy temu. Cóż, ja na tubing nie idę, omijam restuaracje z telewizorem i znajduję fajny hostel z przyjemnym widokiem poza centralna ulicą.

image

W Vang Vieng można spędzić czas miło i nie ulec masowej rozrywce. Biura podróży oferują kajakowanie, trekking, wspinaczkę po skałkach, zwiedzanie jaskiń, wycieczki rowerowe lub na quadach i lot balonem. I po co komu tubing?
image

Niestety, niewiele osób wspomina, że w Vang Vieng widoki są spektakularne. Wapienne skały porośnięte bujną roślinnością tworzą bajkowy  widok. Można patrzeć się godzinami i nigdy się nie nudzi.
W VV można polecieć balonem, więc zaraz następnego dnia idę na lot. Pierwsza próba nieudana, bo rozpadło się w sekundę, choć balon już był gotowy. Po południu wciąż było zachmurzone, ale lecimy. Jest gorąco jak w piekle i ciasno. Krecimy się w kółko, bo każdy chce mieć zdjęcie z widokiem i z balonem. A tak se ne da 🙂 Lot balonem jest spokojny i  adrenalina na normalnym poziomie, więc ten sport nie dla mnie. Ale było miło.
image

image
image

image

image

Kolejnego dnia wybrałam się na całodzienną wycieczkę rowerem. Jechalam kamienista drogą przez wioski i oglądałam niezwykle skały, wyrastające przede mną zza zakrętu. Pomaranczowa droga ciągnie się kilometrami, a ja jadę. Pojechałam też na Błękitna Lagune oraz do jaskini Pu Kham. A trzeciego dnia poszłam na skałki się wspinać. Nigdy tego nie robiłam wcześniej, ale miałam przeczucie, że mogę. Dałam radę i bardzo mi się podobało. W VV miałam spędzić góra dwa dni, byłam cztery. Czasem nie warto ulec opinii innych i samemu sprawdzić, co w trawie piszczy 🙂
image

image

image

image

image

image

image

image
image

image
image

Vang Vieng 01-04 Maja 2013

Read Full Post »

Zawsze sobie myślałam, że jak już los da i pojadę do Laosu to muszę obejrzeć kamienne sloje. Los dał, jestem w Laosie, jadę do Phonsavan. Z Luang Prabang to tylko 6 godzin busikiem. Sama miejscowość to żadna rewelacja. Szare, bure miasteczko z jedną główną ulicą, kilkoma hotelikami i restauracjami. Wieczorem z Holendrem i Anglikiem lecimy do innego hotelu znaleźć chętnych na wycieczke z przewodnikiem na Równine sloi. Koniec końców montujemy 10 osobową grupę – holenderska para, Brazylijka, amerykański hindus, troje Finów i my. Dwie agencje, po przeciwnej stronie ulicy, oferują nam to samo, ale za różną cenę. Zaczynamy negocjacje. Pech chciał, że rozpętała się burza. Ale biegamy przez ulicę tam i z powrotem, bo cena spada po obu stronach ulicy. W końcu przemoczeni, uzgadaniamy cenę, pan dorzuca obiad i płacimy. A cała ta walka była kwestią 2 dolarów na głowę – tyle mniej wytargowalismy. Może to Wam się wydawać śmieszne, ale tutaj to ma znaczenie i każdy dolar to w końcu dolar 🙂
W Phonsavan mieści się biuro MAG (Mines Advisory Group), organizacji pozarządowej zajmującej się usuwaniem niewybuchow oraz oznaczaniem ścieżek i edukacją miejscowej ludności. Niewybuchy, przede wszystkim bomby kasetowe, to pozostałości po wojnie wietnamskiej. Przez Laos przebiegał szlak Ho Chi Minh, którym transportowano z Wietnamu Północnego do Południowego żywność, broń i ludzi potrzebnych do walki z Wietnamem Południowym i Amerykanami. USA w latach 1954-1975 zrzucilo na Laos około 2,5 ton bomb, z czego szacuje się , że około 30 % nie wybuchło. I do dziś mieszkańcy borykają się z tym problemem, który jest przyczyną ich ubóstwa. Okazuje się, że nie są w stanie uprawiać ziemi że względu na niebezpieczeństwo wybuchu. Wielu ryzykowalo i ponieśli śmierć lub zostali okaleczeni. Największą grupę poszkodowanych stanowią dzieci, które bawią się niewypalami, gdyż niektóre z nich wyglądają po prostu jak piłki. Bieda z kolei spowodowała, że ludzie zaczęli zbierać na tych terenach żelastwo, które oddawali na złom za pieniądze. Dziś jest już to zakazane. A czemu o tym piszę? Tereny na których znajdują się słynne sloje to tereny powojenne. Dziś bezpieczne są trzy skupiska sloi, gdyż tereny te w 2004 zostały oczyszczone przez MAG, aczkolwiek musimy spacerować w wyznaczonych ścieżkach pomiędzy betonowym blokami oznaczonymi kolorem białym.
image

Co do samych kamiennych słoi, to mimo wielu teorii ich przeznaczenia, nadal pozostaje tajemnicą, po co je stworzono. Legenda mówi, że tereny te były kiedyś zamieszkiwane przez olbrzymów. Ich król Khun Cheung, rozkazał je wybudować po zwycięskiej wojnie, w celu warzenia wina lao lao, którym świętowano zwycięstwo.
Są oczywiście teorie archeologiczne, ale zgodności i pewności nie ma, czy były to urny grzebalne, czy naczynia do przechowywania żywności lub wody.
My z naszą ekipą odwiedzamy grupę slojow nr 1, największe skupisko, liczące około 250 różnej wielkości urn. Tutaj znajduje się najwiekszy z odkrytych, na który się wdrapalam, bo byłam ciekawa, co w środku. Brudna woda i śmieci. Ludzie są bez wyobraźni. I kilka foteczek z Doliny Slojow.
image

image

image
Ta dziura, którą widać na zdjęciu, to po wybuchu bomby.
image
A kuku 🙂
image

Phonsavan 27-29 Kwiecień 2013.

Read Full Post »

Older Posts »