Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Kwiecień 2013

image

Jedni lubią koty, inni psy, Sławka delfiny, a ja słonie. W okolicach Chiang Mai jest około 60 obozów dla słoni. Liczne agencje turystyczne w mieście prześcigają się w ofertach – przejażdżka na słoniu w dżungli, w górach, o wschodzie lub o zachodzie słońca. Można nauczyć się wydawać komendy sloniowi, a nawet zostać poganiaczem. A ja jadę do Elephant Nature Park, na jeden dzień.  Park Natury dla Słoni stworzony w 1990 r. przez Sangduen Chailert, zwaną  Lek, to park inny niż wszystkie. Cena za dzień w Parku jest wysoka – 2500 THB, czyli jakieś 280 zł, ale chętnych nie brakuje. Wycieczkę trzeba rezerwować z conajmniej trzydniowym wyprzedzeniem. Można też przyjechać na tygodniowy wolontariat za ok. 315 euro.  Kiedy zapytalam o terminy, usłyszałam , że następny wolny za miesiąc, czyli w połowie maja. Ale ja po wizycie się nie dziwię. Utrzymanie tych słoni kosztuje fortunę, bowiem zjadają dziennie do 200 kg owoców i warzyw – każdy.

image

W czasie drogi do Sanktuarium, oglądamy film dokumentalny, w którym przedstawiony zostaje Park i założycielka. To nie tylko park, to schronisko,sierociniec i centrum rehabilitacji. W drugiej części reporterzy udają się do dżungli w poszukiwaniu dziko żyjących słoni. Odnajdują takowe, podgladaja i cieszą się , że wciąż są na wolności. A słonie na widok człowieka zachowują się właściwie – przepędzają wścibskich dziennikarzy.

image

Obecnie w Parku żyje  35 słoni i każdy z nich jest po trudnych przejściach. Nasz przewodnik opowiada ich historie. Wiele z nich trafia tu po niewolniczej pracy przy nielegalnym  wycinaniu lasu, czesto w bardzo kiepskiej kondycji. Najczęściej są pokaleczone przez samych właścicieli, którzy wyżywaja swoją złość i frustrację na zwierzętach lub słonie po wypadkach, z urazami i zlamaniami, które nigdy nie były leczone. W ośrodku są słonie ślepe na jedno lub oba oczy, jest słoń ze złamanym kręgosłupem czy z za krótką nogą. Zwierzęta te są też często ratowane z ulicy w Bangkoku, gdzie pracują w ruchu ulicznym jako żebracy. Tutaj ostatecznie zyskują przyjaciół, rodzinę, namiastkę wolności i tysiące głasków dziennie od turystów 🙂

image

image

Niestety ratowanie słoni jest kosztowne. Prawie wszystkie przebywające tu zwierzęta zostały odkupione od właścicieli za grube dolary. Najnormalniej w świecie, po raz ostatni, próbują zarobić na słoniu, ile się da. Dlatego negocjacje trwają czasami miesiącami, bo kobiecie brak środków na wykup.

image

image

W Parku nie tylko słonie czują się wolno, my też . Karmimy słonie na specjalnych tarasach, a te, co chwila podbiegaja, bo dobrze wiedzą, co tam dla nich mamy. To są ogromne łakomczuchy. Gdy tylko przestajemy karmić, uciekają do miejsc, gdzie przeważnie stoją kosze z owocami i próbują podstępnie coś uczknąć 🙂
Idziemy z naszym przewodnikiem podglądać słonie. Każdy z nich chodzi swoimi ścieżkami, więc trzeba się po parku nachodzić, żeby zobaczyć jak żyją.

image

   Największy tłum jest przed pomieszczeniem, w którym obecnie przebywa matka ze swoim trzytygodniowym maleństwem. Póki co, są odeseparowani od reszty przez kilka tygodni, dopóki sloniatko  nie podrośnie.  Mała rozrabia przez cały czas i zaczepia opiekuna, nieustannie dopraszajac się o czułości.

image

image

Po lunchu idziemy myć słonie w rzece. Te ogromne zwierzęta uwielbiają wodę i chętnie poddają się turystom oblewajacych ich wiadrami wody. A uwierzcie, tych wiader trzeba wylać setki, żeby slonik był właściwie namoczony i wyszorowany. Po naszych mękach, słonie idą sobie na drugą stronę rzeki i radośnie obsypuja się piachem. Jak mówią opiekunowie – nakładają krem do opalania. Słonie rzeczywiście używają piachu jako ochrony przed słońcem.
image

image

Chodzimy po  parku jeszcze całe popołudnie, glaszczemy i karmimy słonie. Oglądamy też  film dokumentalny o Parku, w którym sama właścicielka opowiada, jak ratuje słonie i po co to wszystko. W filmie pokazany zostaje także rytuał tresury młodego słonia przez plemiona żyjące w dżungli. Wstrząsający trening ma za zadanie złamać ducha słonia, by pracował przy wycinaniu lasu, czy w turystyce. Przez siedem dni słoń jest przetrzymywany w bambusowej za ciasnej klatce i kłuty specjalnie przygotowanymi metalowymi dzidami,za każdym razem, gdy wydaje dźwięk niezadowolenia lub próbuje staranować  klatke. Jak się można domyśleć słoń jest aktywny prawie przez cały czas, więc kłuty także non stop. Ale to nie koniec. Po wypuszczeniu słoń zostaje zakluty w łańcuchy, które ograniczają jego ruchy, a za każde nieposłuszeństwo otrzymuje ciosy bambusowymi pałkami. Tresura trwa do skutku. Więc nie dziwcie się , że podnosi nogę lub kręci wokół własnej osi w czasie pokazów dla turystów. Strach uczynił je posłusznymi.

image

Tajlandia, przez większość ludzi, kojarzona jest ze słońcem, rajskimi plażami i słoniem. W miastach figury czy rzeźby słoni są w parkach, na  rondach, ulicach. Żywoplot jest wycinany w kształcie słonia. Tkaniny ozdabiane wizerunkiem słonia. A prawie każdy turysta kupuje pamiątkę – słonia. A jednak w kraju słonia niewiele się robi, by ocalić ten powoli wymierajacy gatunek. Jak mówi Lek, zalożycielka Parku – bez słoni Tajlandia będzie pusta. Jej marzeniem jest uwolnić słonie i pozwolić im żyć wolno w dżungli. Niestety jest to niemożliwe i jedyne, co można zrobić, to dać im namiastkę wolności.

image

image

W Parku było rewelacyjnie. Słonie tu przebywające są szczęśliwe i zrelaksowane. Troszczy się o nie sztab ludzi, którzy z miłością i oddaniem opiekują się jak najlepszymi przyjaciółmi. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Tajlandii – po pierwsze pomyślcie zanim wsiądziecie na słonia lub pójdziecie na trening poganiacza słoni.  Po drugie nie kupujcie pamiątek wykonanych z kości słoniowej, by nie wspierać kłusownictwa. Po trzecie  zachęcam do odwiedzenia Parku. Doświadczenie życia. Uśmiech słonia – bezcenny 🙂

image

Zapraszam wszystkich na stronę Parku
http://www.elephantnaturepark.org
Tutaj znajdziecie wszelkie informacje o Parku, życiorysy słoni oraz w jaki sposób każdy może pomóc.

image

Elephant Nature Park, 20 Kwietnia 2013

Reklamy

Read Full Post »

W związku z festiwalem, nie robię za wiele w Chiang Mai, a i możliwości są trochę ograniczone w tym gorącym czasie. Postanowiłam przejechać się na skuterze do Pai, niewielkiej miejscowości oddalonej o 140 km. Na skuterze. Fajnie się jechało. Widoki piękne – góry, wodospady. Tylko ta woda. Jadę, a tu chlust, ląduje na mnie wiadro wody. Szczerze powiem, żadna przyjemność. I tak co kilka kilometrów. W rezultacie ani zdjęć nie zrobiłam, ani Pai za bardzo nie zwiedzilam, bo lokalni szaleli. Udało mi się obejrzeć Canyon Pai. Śliczne miejsce z widokiem na okoliczne góry i stromymi ścieżkami, po których niewielu chodzi. Samo miasteczko jest nieduże i senne, niewiele się tu dzieje, w sam raz na kilkudniowy relaks.
image

image
image
image

W drodze powrotnej mam dużo planów. Jadę serpentynami w dół kilkanaście kilometrów. Cisza i pustka dookoła, czasem mija mnie jakis samochód. I nagle trach, wypierniczylam się ! Przejeżdżająca akurat tajska para, pomaga mi zebrać wszystko i zawoza do wiejskiego szpitala, który jest zamknięty z powodu święta.
Kilka kilometrow dalej w punkcie kontroli policyjnej, policjant czyści moje rany bardzo nieprofesjonalnie, owija bandazem i daje tabletke przeciwbolowa. Niestety, nie mam innej opcji i muszę jechać dalej sama 80 km do Chiang Mai. Jak po nitce dojezdzam do celu, oddaję skuter, właściciel robi wycenę szkód, wypisują mi papiery ubezpieczeniowe i w końcu idę odpocząć.
image

image

Bolało jak diabli. Niestety w nocy kolano napuchlo i rano poszłam do szpitala. Najpierw jednak musiałam iść na policję po formularz wypadkowy. Tajscy policjanci mają fajne mundurki, ale zdjęcia nie pozwolili zrobić:-) W szpitalu za to obsługa była luksusowa. Zyczylabym sobie i wszystkim żeby szpitale czy to w Polsce, czy w Irlandii tak działały. Dostałam pięć różnych tabletek, bo okazało się , że z tymi 23 ranami, to trzeba uważać bardzo, zwłaszcza w tropikalnym klimacie. I tak kolejne kilka dni spędziłam w hotelu, bo byłam totalnie nie do życia. A żeby podrozowac to trzeba mieć siłę:-)

image
image

W Chiang Mai nie zwiedzilam wiele, ale bardzo mi się podobało samo miasto, zwłaszcza wieczorami. Otoczone kanałem stare miasto ma swój urok – kręte uliczki, zaciszne hoteliki , knajpy otwarte do rana, restauracje w których siedzą i lokalni i turysci, salony masażu. A najfajniejszy był niedzielny targ, tzw. Sunday Walking Street, kiedy to z ruchu zostaje wyłączonych kilka ulic i zaczyna się handel.Tyle towarów, zwłaszcza rękodzieła, nie widziałam w żadnym miejscu. Można chodzić godzinami i wybierać. Do tego jakaś procesja przejdzie, ktoś gra i śpiewa, pyszne przekąski i dania są serwowane także.

image

image

image

image

image

image

image
Chiang Mai 12-22 Kwietnia 2013

Read Full Post »

Lubię jeść, wszyscy wiedzą 🙂 Widać 🙂
Tajskie jedzenie, najlepsze. Zielone curry z kurczakiem i ryżem, moje ulubione danie. Kiedy przyjechałam do Tajlandii z Nepalu, jadłam na śniadanie. Tajowie są mistrzami świata w przekąskach. Że zwykłej parówki na patyku (tak jak lizaki ) zrobili prawie danie narodowe. Można dostać wszędzie i o każdej porze, i zawsze dobrze smakuje. Na patykach można kupić też wiele innych przysmaków za grosze.

image

Jako, że jestem w Chiang Mai i szkół gotowania bez liku, idę gotować i ja. Jedziemy do szkoły już rano. Kuchnia wygląda prawie jak w Master Chef . Profesjonalnie! Najpierw pan kucharz opowiada nam o tajskiej kuchni. Potem daje nam do rozpoznania zielsko i wyjaśnia, co i z czym w tajskiej kuchni się gotuje. Następnie różne korzenie i cytryny, cebulki i warzywa, mleko kokosowe i pasty rybne, oleje i sosy oraz najważniejsze w kuchni tajskiej -papryczki chili.

image

Zasada jest prosta -najpierw gotuje On, a później my.

image

Wszystkie ozdoby do potraw ugotowalam, taka ze mnie kucharka 🙂

Pierwsza zupa Tom Yam Goong, czyli najpopularniejsza ostro-kwaśna zupa tajska z krewetkami.
image

Potem tajskie ciasteczka rybne Tord Man Plaa z sosem orzeszkowym. Się mi za późno przypomniało o zdjeciu i musiałam pożyczać 🙂
image

Trzecie danie to moj hit, czyli kurczak w zielonym sosie curry – Gaeng Theo Wat Gai. Ostre danie na mleku kokosowym.
image

Następnie Pad Thai , czyli noodle z dodatkami. Najpopularniejsza tajska potrawa. Szybko, smacznie, tanio, zawsze i wszędzie .My gotujemy z tofu i suszonymi krewetkami.
image

Deser skonsumowany bez zdjęcia 🙂

I na koniec jeszcze sałatka z mielonego mięsa z kurczaka z mieta Laap Gai.
image

Oczywiście zapomnialam o zdjeciu przy garach i mam jak już kuchnię posprzatali 🙂 ale w fartuchu 🙂
image

W Tajlandii się po prostu objadlam. Oprócz zielonego sosu, w jednej z tajskich jadalni, zamówiłam kurczaka w żółtym curry z żółtym makaronem (tak było w menu dokladnie) i umarlam 🙂 Trzy obiady z rzędu. Nie wiem, co tam dodali, było mocno mleczno -kokosowe i ostre.
image
Do kurczaka grillowanego najlepsza papaya salad. Rewelacja!
image

Na śniadanie lubiłam naleśniki. Udało mi się zrobić fotke, nim pochłonęłam.
image

Ale absolutnym hitem był klejacy się ryż z mlekiem kokosowym i świeżym mango. Jadlam codziennie…. właściwie to kilka razy dziennie 🙂 I zapijalam sokiem z mango. Mango w Tajlandii bije wszystko na głowę. I choćby z tego względu warto przejechać do Tajlandii…. żeby jeść.
image

Chiang Mai 12-22 Kwietnia 2013

Read Full Post »

Jezioro Inle to mój ostatni przystanek w Birmie. Miałam być kilka dni dłużej, ale 13 Kwietnia zaczyna się Festiwal Wody i będą duże utrudnienia w przemieszczaniu się, więc zmieniam termin  wylotu. Mój autobus do Mandalay, skąd mam wylot, jest o 20, ale muszę dojechać do wioski oddalonej o 11km. Lokalni uświadamiają mnie, że muszę wyjechać najpóźniej o 17, bo potem nie będzie już jak się tam dostać . Jadę więc przed piąta i czekam te 3 godziny w budzie -poczekalni przy głównej drodze. Na szczęście nie tylko ja jestem w tej chorej sytuacji. Poznałam np. koreańskiego pisarza, o! Autobus jest spóźniony godzinę, ale cóż to dla mnie. W końcu jadę, a podróż trwa około 8 godzin. Na dworcu autobusowym w Mandalay biorę motorowa taksówkę na lotnisko oddalone o 40 km. Czekam jakieś 6 godzin na samolot w nieklimatyzowanym budynku terminalu. Lecę 1,5 godziny do Bangkoku i tu miejskim autobusem jadę na dworzec  Mochit. Kupuję bilet na autobus do Chiang Mai, ale muszę znowu czekać 5 godzin. Autobus ma odjechac o 20, ale w związku z Festiwalem Wody , który jutro się zaczyna, Bangkok jest totalnie zakorkowany i wyjeżdżamy o 22, a do tego jeszcze trzeba się przez te korki przepchać. Podróż ma trwać 10 godzin, a trwa 13. Wysiadam w Chiang Mai okolo 11 z opuchnietymi nogami i postanowieniem, że się stąd nie ruszam przynajmniej 4 dni. Jest ktoś chętny na wycieczkę ze mną ?
W Chiang Mai przygotowania do festiwalu idą pełną parą. Taksówką dojezdzam do starego miasta i pierwsze co, to zostaję oblana wodą. Szukam hotelu chyba ze 3 godziny, bo nie ma wolnych pokoi. Znajduję w końcu łóżko w pokoju 6 osobowym – trzy pietrowki, jeden wiatrak i miejsca na podłodze tyle, że akurat drzwi się mogą otworzyć. Odpoczywam parę minut i stwierdzam, że choć nie jestem ksiezniczka, to muszę znaleźć inny pokój, bo potrzebuję oddychać. Idę dalej od hotelu do hotelu.Oczywiście jestem totalnie mokra, bo dziś jest rozgrzewka przed jutrzejszym dniem. I w końcu znajduję ładny pokój z łazienką, w samym centrum, za małe pieniądze, z przestrzenią na nogi, na plecak, ba nawet mogę pirueta wywinac , jeśli mnie tylko najdzie ochota. Przeprowadzam się szybko i lecę kupić plastikowy karabin wodny, bo też musze trenować:-)

A wszystko to z powodu festiwalu Songkran. Songkran to świętowany hucznie Tajski Nowy Rok. Słowo songkran oznacza przejście, ruch i jest związane z przejściem Słońca ze znaku Ryb w znak Barana. Ludzie od zawsze wierzyli, że woda jest źródłem życia i oczyszczenia . Tu w Tajlandii wierzą, że oczyszcza od złego losu. Dlatego przez cztery dni wylewaja na siebie hektolitry wody. W centrum miasta ulicami płynie woda, tubylcy i turyści polewaja się wiadrami, szlauchami, pistoletami i z uśmiechem życzą Happy New Year. Wszyscy są mokrzy. Ale wiecie, jest środek kwietnia, najgoretszego miesiąc w roku, temperatury sięgają 40 stopni. A lejcie, ile chcecie 🙂

Zdjęcia byle jakie. Aparat to nie byl dobry pomysł, po prostu się nie dało, za dużo wody. Po dwóch minutach wróciłam z tym aparatem do hotelu.

image

image

image

image

image

image

image

Chiang Mai 12-16 Kwietnia 2013

Read Full Post »

W Birmie podobno jest aż 500 tysięcy mnichów. I ja w to wierzę, bo widziałam ich dosłownie wszędzie i o każdej porze. Ale trzeba Wam wiedzieć, że do zakonu wstępują też kobiety. Buddyjskie zakonnice widziałam też w całej Birmie, ubrane w różowe szaty, zawsze uśmiechnięte i radosne. Moje ulubione zdjęcia z Birmy to właśnie MNISZKI BUDDYJSKIE (ta nazwa bardziej mi się podoba niż zakonnice).

image

image

image

image

image

image

image
image

image

image

image

image

Read Full Post »

image

Mam dość nocnych autobusów, dlatego nad jezioro jadę dziennym. Po południu wysiadam w wiosce  Nyaungshwe i idę do hotelu Remember Inn. Cena 15 dolarów, więc dziękuje i wychodzę. A za chwilę biegnie za mną chłopak, że ok, bedzie 10, jeśli chcę 🙂 W takiej sytuacji jeszcze nie byłam, żeby bez targu, nawet bez jednego słowa, ktoś opuścił cenę i to tak sporo. Gdy się melduje, w recepcji mnie uprzejmie informują, że  w cenę wliczone jest śniadanie i w hotelu jest darmowy wifi. No, podoba mi się tu 🙂
Tutaj nad jeziorem temperatura jest o kilka stopni niższa i dzięki temu jest bardzo przyjemnie. Niestety w wiosce jeziora nie widać, co jest dużym minusem tego miejsca. Żeby zobaczyć ten słynny akwen trzeba wynająć łodź. W hotelu proponują mi wycieczkę na jezioro z kilkoma innymi osobami, żeby było taniej. Rano, zaraz po śniadaniu, idziemy do łodzi i długim kanałem plyniemy na jezioro, które ma 22 km długości i 11 km w najszerszym punkcie. Gdy tylko znajdujemy sie na jeziorze, podplywaja do nas rybacy, ktorzy prezentują sieć na ryby w kształcie stozka i chętnie pozuja do zdjęć. Po chwili proszą o pieniądze za pokaz i wtedy jasne i oczywiste staje się dla nas , że to ustawka dla turystów. Rybacy z jeziora Inle słyną z nietypowej techniki wioslowania. Otóż balansuja na jednej nodze na rufie czolna, a drugą nogę zakładają za wioslo i wiosluja, dzięki czemu w rękach mogą trzymać i zarzucać sieci.
image

image

image

image

To, co czyni jezioro tak atrakcyjnym to przede wszystkim życie ludzi osiadłych wokół i na samym jeziorze. Legenda głosi, że kiedy wedrujacy  lud Intha przybył nad jezioro, ziemie były już zajęte, więc zaczęli stawiać swoje domy na wodzie na drewnianych palach. I tak powstały całe wioski wraz ze szkołami, świątyniami, sklepami, manufakturami i nawet hotelami. Dziś żyje tu ponad 70 tysięcy ludzi w czterech dużych miasteczkach oraz licznych wioskach. Największą grupę etniczną stanowią Inthowie, mniejszości to plemiona Shan, Kayah, Daniu, Pa-O, Danaw czy Bawar. Płyniemy wodnymi ulicami i podgladamy życie mieszkańców – piora, kapia się, przygotowują posiłki, plotkuja. Wiodą mormalne życie, z tym, że przemieszczają się łodziami.
image

image

Nasz pierwszy postój to targ w Maing Thoung. Drewnianym pomostem, przy którym zacumowanych jest wiele łodzi, schodzimy na ląd. Birmanski targ jest niezwykle kolorowy, głównie za sprawą mieszkańców różnych plemion, noszących kolorowe nakrycia głowy i ogromne pstrokate torby przewieszone przez ramię. Na rynku można kupić praktycznie wszystko – warzywa, owoce , przyprawy, kwiaty, ryby. Są też stoiska z pamiątkami i zadaszone restauracyjki, w których wszyscy popijaja zieloną herbatę i palą zielone cygara.

image

image

image

image

Nieodzowna częścią takiej wycieczki są wizyty w warsztatach pracy. Plyniemy najpierw do warsztatu tkackiego, gdzie wyrabia się tkaniny z bawełny, jedwabiu i lotosu, co jest dla mnie dużym zaskoczeniem, bo nie wiedziałam, że lodygi tego kwiatu zawieraja włókna. Niestety ceny szaliczkow są tutaj mocno zawyżone, więc nie kupuję. Kolejnym miejscem pracy jest manufaktura cygaretek, tutaj zwanych cherutti. Kobiety siedzą na podłodze i z niesamowitą zręcznością zawijaja tytoń w zielone listki. Podobno każda z nich wykonuje 500 sztuk dziennie. Cygary kupuję, sama palić nie będę, ale znam takich, co chętnie birmanskiego szluga pociagna:-)

image

Choć nasz kierowca łodzi nie mówi po angielsku, jakoś dogaduje się z nim, żeby zawiózł nas do plemienia dlugoszyich kobiet. Podplywamy do ogromnego drewnianego budynku, z imponującym sklepem z pamiątkami. A przed nim, na laweczce, siedzi dziewczyna ze złotymi obreczami na szyi. Ma może ze 20 lat i jak na moje oko – cierpi katusze z powodu tych obręczy. No i szyja nie jest długa. Pytam, czy jest tu więcej kobiet z obreczami. Nie ma, bo wszyscy z tego plemienia wymarli , dowiaduje się. Lodziarz widzi moją minę, wskazuje na łódź i plyniemy dalej. Znów sklep, ale jest pani z długą szyją oraz dwie młode dziewczyny. Są pięknie ubrane i starannie wymalowane, i jak tylko nas widzą, siadają do tkania . Przypominają mi się słowa piosenki Queen Show must go on… Jestem rozczarowana, bo to wszystko to taki cyrk dla turysty i nie ma w tym nic autentycznego. Fotografować można za darmo, bo mają nadzieję,że się coś u nich kupi. Szkoda tylko, że wszystko jest takie drogie. Za małą chustę zaspiewaly 20 dolarów. Więc nie kupiłam, mimo szczerych chęci.

image

image

Na lunch sternik zawozi nas w okolice świątyni buddyjskiej Phaung Day Oo Paya, gdzie akurat kończy się targ, więc jest tłoczno i jezioro jest zakorkowane lodziami.
image

Po posiłku plyniemy do pływających ogrodów. Długie grządki zostały utworzone na wodzie z ziemi wydobytej z dna jeziora. Akurat o tej porze kwitną pomidory.

image
image

I na koniec dnia plyniemy do Klasztoru Skaczacego Kota – Nga Hpe Kyaung. Mnisi wytrenowali koty, które skaczą przez obrecze. Na środku świątyni, wypełnionej posągami Buddy, leżą zmęczone upałem koty, a mnich przysypia. Pokazu nie będzie 🙂
Wracamy do wioski. Mijamy łodzie przewozace towary, machamy do ludzi w innych lodziach, podpatrujemy rybakow na czolnach.
image

image

image

A drugiego dnia wybrałam się na rowerową wycieczkę do miejscowości Kaung Daing, gdzie akurat odbywał się 5 day market, czyli targ, który codziennie przez pięć dni zmienia lokalizację, więc trzeba pytać lokalnych, gdzie jest w danym dniu.
image

image

image

Bardzo interesujący jest sposób przenoszenia towarów z targu do domu.

image

image

A tak potraficie, dziewczyny ?

image

Kręcę się po wiosce, próbuje podglądać lokalnych, ale są niesmiali. Zauważam, że przed wieloma domami na matach suszą się ziarna fasolki i słonecznika. W jednym domostwie zapraszają mnie na herbatę, dzięki czemu obserwuję proces suszenia, sortowania i wypalania ziaren.
image

image

Zaczepia mnie też grupa dzieci, które demonstrują mi zabawę z wiatraczkami, zrobionymi z listkow i patyczka. Spryciarze 🙂

image

Żeby nie wracać tą samą drogą, próbuję znaleźć rybaka, który przewiozlby mnie łodzią na drugą stronę jeziora. Akurat czterech Francuzów też chce płynąć, a i rybak się znalazł. Ładujemy rowery i po pół godzinie jesteśmy po drugiej stronie jeziora w Maing Thoung. Stąd powoli ruszam w drogę powrotną do wioski. Mijam pola kukurydziane i winnice, ale tutaj w Birmie najbardziej podoba mi się transport – traktorki, bryczki, skutery i rowery.
image

image

image

image

Jezioro Inle 7-10 Kwietnia 2013

Read Full Post »

Bagan

image

Po dwóch dniach uciekam z Mandalay. Nocnym autobusem udaję się do Bagan. Tutaj temperatury są najwyższe w całej Birmie i w południe osiągają 44 stopnie. Ten upał jest po prostu nieznośny i wszyscy po godzinie 12 chowają się w hotelach. Życie w wiosce zamiera na parę godzin. Jezdzenie nocnym autobusem ma swoje plusy i minusy. Jak się nie wyspie, to potem mam stracony dzień. Do Bagan, a dokladniej do wioski Nyaung U, dotarlam około 4 rano, więc do południa przesypiam. Potem idę na rozeznanie po wiosce, namierzam market, dobrą restaurację i knajpe z darmowym wi-fi. To taka już moja rutyna. Po poludniu razem  z Marge, Amerykanką poznaną w hotelu, jedziemy na rowerach do najbliższej położonych świątyń , by zobaczyć zachód słońca. Udaje nam się zwiedzić kilka z nich. To taka rozgrzewka przed jutrzejszym dniem.
Rano, po ciężkiej gorącej nocy, wyruszam na wypożyczonym rowerze zwiedzać świątynie. A jest ich tu aż 2200, a może i więcej. Kiedyś było aż 4500, jednak w wyniku najazdow Mongolow i trzęsień ziemi, wiele z nich ulego zniszczeniu lub całkowitemu zburzeniu. Jadę i jadę od świątyni do świątyni. Droga wcale nie jest łatwa, bo piaszczysta i co chwila muszę schodzić z rowera i pchać. A żar się z nieba leje mimo, że jest przedpołudnie. Okolo 12, gdy akurat wdrapalam się na jedna ze świątyń, zrywa się silny wiatr i zaczyna coś, co nazwałabym burzą piaskowa. Widoczność w kilku minut redukuje się prawie do zera. Wszyscy uciekają, nawet sprzedawcy pamiątek, zniknęli nie wiadomo gdzie. Zlaze z budynku i sune na moim rowerze do najbliższej knajpy, żeby przesiedziec burzę. Po dwóch godzinach wszystko wraca do normy i znów prazy słońce, więc jadę dalej. Świątyń jest tyle , że potrzeba by kilku tygodni, by objechac wszystkie. Ja nie mam takich ambicji. Powoli jadę po baganskiej równinie, czasem popatrze na pracujących na polach ryzowych ludzi, czasem zatrzymuję się w wioskach na wodę z cytryna i obserwuje lokalesow grających w dziwne gry stołowe. Wchodzę do wielu świątyń, by obejrzeć znajdujące się w tam posągi buddy, zagaduje do dzieci, które sprzedaja pocztówki i obrazki. Wieczorem razem z setką innych turystów, wyczekuje na zachód słońca na najsłynniejszej świątyni widokiem – Shwesandaw. Widok jakby boski.

image

image

image

image

image J

image

image

image
Bagan, 4-6 Kwietnia 2013

Read Full Post »

Older Posts »