Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Marzec 2013

Po odpoczynku w Manang ruszamy dalej.
image

Choć wszyscy porterzy  ostrzegają, że w Letdar hotel jest kiepski i tak tam idziemy,bo taki mamy plan. W Letdar na wysokości 4200 m działa jeden hotel, który choć najgorszy na całej trasie, jest też najdroższy. Wyboru nie mamy . W Letdar dopada mnie choroba wysokosciowa – ogromny ból głowy jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Z bólu całe ciało sie trzesie. Zakladam wszystko co mam, owijam się spiworem, ale nic to nie daje. Mam wrażenie, że w każdej chwili moja głowę może rozerwać. Jeden z przewodników pyta, co mi jest. Stwierdza krótko, że ból głowy to nie problem (ha????) dopóki nie wymiotuje. Przynosi mi na talerzyku dwa ogromne ząbki czosnku i każe zjeść. Zuje czosnek i popijam gorąca wodą z cytryna. Po godzinie ból głowy przechodzi. Moi wspoltowarzysze nie dowierzaja. Cud, czy co? Wieczorem, gdy opuszczamy restaurację, wszyscy biorą zabek czosnku z kuchni, zawijaja w papierek i chowają do kieszeni, tak na zapas, w razie czego.
image
image

image
image

image

Kolejnego dnia mamy plan dotarcia do High Camp. Idziemy przez śnieg, ale towarzyszy nam słońce. Maszerujemy w trójkę , bo Robert i Chiara zmieniają trochę swoje plany ze względu na zle samopoczucie, ale obiecuja nas dogonic. W Thorang Phedi 4450 m Serena też chce odpuścić, ale my nie odpuszczamy jej. Po lunchu powoli ruszamy, by pokonać najtrudnieszy odcinek na całej trasie. Przez godzine idziemy prawie w pionie. Za to w High Camp 4850 m cieszymy się jak dzieci. Jutro ma być łatwiej. Hotel w High Camp pokryty jest częściowo śniegiem. Już około 6 wieczorem błoto i kałuże zamarzają ponownie. W jadalni na próżno czekamy na rozpalenie ognia w piecu. Dowiaduję się , że zima się skończyła i drewno się skończyło tez,  więc pozostaje nam owinac się kocami i przy świecach (prądu też ma ) zjeść spaghetti z sosem pomidorowym i serem żółtym z jaka.
image

image
image

image

Wieczorem zamawiamy śniadanie na 5 rano, płacimy rachunek i kupujemy po litrze gorącej wody do naszych butelek. Choć śpimy w najzimniejszych warunkach i w naszym pokoju temperatura wynosi jakieś minus pięć stopni, ta noc należy do najcieplejszych dzięki butelkom w naszych spiworach. Nie śpię dobrze, właściwie trudno powiedzieć  żebym wogóle spała. Serce bije jak szalone, oddech nierówn, próbuję łapać powietrze niczym ryba wylowiona z oceanu. Nie mogę się doczekać, kiedy zadzowni budzik i już pójdziemy. Pobudka w końcu następuje, nakladamy nasze puchowki i buty , bo resztę mamy już na sobie. Jemy lekkie śniadanie, zamykamy plecaki i ruszamy. Dziś nie ma miejsca na zbędne ruchy, rozmowy czy jakieś wątpliwości. Cel jest jeden – Przełęcz Thorong La, od której dzieli nas już tylko 666 m. Ruszamy z zapalonymi latarkami. Jest mrozno i ślisko. Jeden z porterow w trampkach ma trudności z poruszaniem się. Ja i Toni oddajemy po jednym kijku, bo musimy poruszać się do przodu. Nie możemy sobie pozwolić na czekanie bez ruchu. Kijki pomagają i porter rusza. Zza gór powoli wynurza się słońce. Po godzinie 6 zaczyna ogrzewać nasze plecy i skostniale palce.  Na górze widzimy grupę fotografujaca się, co utwierdza nas w przekonaniu , że to już tuż tuż. Gdy dochodzimy, okazuje się, że to jeszcze nie tu i trzeba jeszcze 40 minut iść. Wokół jest biało, śnieżna pustynia i lsniace w słońcu śnieżne wydmy. Po około 30 minutach jest, widzę flagi modlitewne powiewajace na szczycie przełęczy. Zwalniam na chwilę, wzruszam się faktem , że tu dotarlam. Dochodzę do tablicy. Z Serena i Tonim sciskamy się w milczeniu. Słowa są zbędne. Robimy kilka pamiątkowych zdjęć, pijemy gorąca herbatę, jemy batoniki i ruszamy w dół.
image
image

image

image
image

image

Droga w dół jest długa i spadzista. A musimy zejść aż 1800 m do najbliższej wioski Muktinath. Po około 4 godzinach slizgania sie, potykania o kamienie, z cala sila skoncentrowana w udach i kolanach, docieramy do miejsca odpoczynku. Jest wietrznie i zimno, ale wyszliśmy ze strefy śniegu. W hotelu cieszymy się jak dzieci, bo w końcu sciagamy nasze czapki. Największe szczęście przynosi nam gorący prysznic. Nawet nie wiecie, co to wtedy znaczyło. Wieczorem w jadalni hotelowej dołączają Robert i Chiara po długim marszu. Gdy my już swietujemy, kolejni trekkersi wchodzą so hotelu. Zmeczeni i Zmarznieci, bo na zewnątrz śnieżna zawierucha. Zaskoczony ilością turystów poza sezonem, właściciel hotelu pyta, ale czemu akurat dzisiaj wszyscy szliscie na przełęcz. My też nie znamy odpowiedzi na to pytanie,wtedy ale wygląda na to, ze 14 Marca był właściwym dniem 🙂
image

image

image

Annapourna, 12-14 Marca 2013

Reklamy

Read Full Post »

Annapurna, najnizszy z osmiotysiecznikow, pierwsza gora powyzej 8000 zdobyta przez czlowieka. Masyw Annpurny sklada sie z siedmiu szczytow, a szlak prowadzacy dookola Annapurna Himal  uchodzi za jeden z najpieknijszych i najbardziej intersujacych  na swiecie. Dlatego tez musze sie przekonac o tym sama.
image

Nie pamiętam, kiedy powstala we  mnie pomysł, żeby iść na trekking dookoła masywu Annapurny. Myślę , że stało się to jakby naturalnie.  Skoro jade do Nepalu to musi być trekking, bo inaczej to nie ma sensu – myslalam. W Kathmandu zakupilam cały potrzebny ekwipunek, bo na trekking mialam tylko buty. Nigdy w życiu żadne zakupy mnie tak nie wykończyły. Ale kiedy mialam już wszystko, spakowalam plecak i ruszylam w drogę.  Porannym autobusem lokalnym udalam się do Besisahar.  Niewielka miejscowość oddalona jest od Kathmandu jedyne 137 km, ale podróże trwała 7 godzin. Byłam tak umeczona, że weszłam do pierwszego hotelu, jaki zobaczyłam. Wieczorem rozpoczęłam też poszukiwania portera, bo bagaż mam ciężki,a plecy słabe.  Przeprowadzialam trzy rozmowy kwalifikacyjne. Wszyscy chcieli dużo za dużo. Ja powiedzialam, ile mogę zapłacić. Po godzinie jeden z nich powrócił i zgodził się na moje warunki. Nastepnego dnia juz o 7 rano moj porter stawia się do pracy w … nowych butach , które właśnie sobie kupił. Chwali się,  że są wygodne, mocne i dobre na trekking. Dla mnie one są przede wszystkim nowe, co mnie przeraża, bo mamy iść co najmniej 2 tygodnie. Wskakujemy do lokalnego autobusu, ktory ma nas dowiezc do Bhulbhule, ale w Nepalu nic nie dzieje się od razu. Nim autobus ruszy, zostaje zapakowany 20 workami ryżu, 10 butlami gazu, kilkoma kartonami ryżu i cukierków. Na koniec wsiadamy my.  Po około pół godziny, po totalnie wyboistej drodze,docieramy do Bhulbhule (840 m). Tu nastepuje pierwsza kontrola pozwolenia wstępu do ACAP (Annpourna Conservation Area Project) i w końcu ruszamy. Droga prowadzi przez wzgorza, na ktorych widac pola ryzowe czekajace na zasiew.
image

Mijamy wioski Ngadi i Bahundanda, a po poludniu docieramy do Ghermu 1130 m. Sa to tereny zamieszkiwane przez lud Gurungow.  Czarne chmury, ktore zbieraly sie juz od jakiegos czasu, w koncu wybuchaja i zaczyna sie burza. W niewielkich guest housach, mozna dostac lozko i domowe posilki, serwowane przez wlascicielki. Sezon jeszcze sie nie zaczal, wiec jestem jedynym gosciem. 
image

image

image
image

Drugiego dnia przechodze przez kanion rzeki Marsyangdi i dochodze do wioski Tal 1700 m. Tu też w tej niewielkiej wiosce spotykam kanadyjskich rowerzystów, którzy urządzają sobie wyścig wokół Annapurny. Rano, kiedy mnie mijają, zgodnie stwierdzają , że to nie jest szlak dla rowerzystów.  Trudności mają nawet motorzysci. Gdy napotykają strome podejscie , po prostu schodzą z motora i pchają. Nikt na szlaku nie ma lekko.
image

image

image

image

image

Trzeciego dnia pokonuję aż 20 km. Miało być krócej, ale w wiosce Thannchowk 2570 m w hotelu nie ma miejsc, bo trwa uroczystość rodzinna. Nie pozostaje mi  nic innego jak iść dalej. W Koto 2640 m, spotykam Serene z Włoch i Toniego z Finlandii. Los chce, że od tej pory będziemy się spotykać na przystankach i w lodgach, a po paru dniach utworzymy małą grupę, która pójdzie do konca razem.  Rano w Koto zaskakuje mnie widok na Annapurne II. Od tego momentu wysokie góry będę mnie prowadziły i dostarczały niesamowitych wrażeń wzrokowych.
image
image
image

Mijam Chame i Bhratang, a charakter wiosek nie pozostawia watpliwosci, ze oto wkroczylam na buddyjskie tereny. Jalowiec pali sie w miedzianych kadzielnicach, powiewaja kolorowe modlitewne flagi, mlynki modlitewne w rzedach ciagna sie wzdluz wiosek, a przydrozne kamienie wymalowane sa slowami mantr.
image
image
image

image

Przechodze przez wysoki las swierkowy i moim oczom ukazuje sie wielka plaska gora. Brakuje mi obiektywu, by ujac te gore i przestrzen. Pozniej dowiaduje sie, ze jest to Paungi Danda, zwana przez miejscowych Oble, czyli Brama do Nieba. Jeszcze dlugo, gdy tylko sie obejrze, widze te niesamowita formacje skalna.
image

image

Po ostrym podejsciu dochodze do Upper Pisang 3310 m, najpiekniej polozonej wioski na trasie, bo z boskim widokiem na Annapurne II. Wraz z wieloma trekkersami, siedze przy klasztorze i az do zachodu slonca obserwuje niesamowity spektakl, jaki odbywa sie na szczycie – wiatr tanczy ze sniegiem. W Hotelu Annapurna, gdzie sciany sa zbite z desek, a z okna widac szczyty, poznajemy Chiare i Roberta, ktorzy dolaczaja do naszej grupy. Odtad nasze wieczory zdominowane zostaly przez karty i herbate. Nigdy tyle nie gralam, nigdy nie wypilam tyle herbaty;-)
image

image

image

image

Kolejnego dnia, juz wszyscy razem, dochodzimy do Ngawal 3680 m. Tu spotykamy najsympatyczniejszego wlasciciela hotelu, który wieczorem bawi nas historiami o Tybetankach mających kilku mężów, którzy są braćmi oraz o swoich dwoch zonach. W Ngawal roztacza sie widok na Pisang Peak, Annapurna II, III, IV, Gangapurne i Tilicho Peak.  
image

Szóstego dnia idziemy do Manang 3540 m. Wszyscy nie mogą się doczekac, bowiem tu czeka nas dzień odpoczynku, a tak naprawdę aklimatyzacji do wysokości.
image 8
image
image

Manang to prawdziwie turystyczna wioska, nie brak tu hoteli, piekarni z jablecznikami, jest nawet internet (okrutnie drogi), no i kino. Pierwszego dnia oglądamy Siedem lat w Tybecie, a drugiego Into thin air. Atmosfera w sali projekcyjnej iście kinowa. Po godzinie film zostaje zatrzymany, a pan roznosi popcorn i herbatę brzoskwiniowa. Z radości bijemy brawo. Wieczorem w jadalni w naszym hotelu, przy gorącym piecu i wśród ogromnego tłumu, obchodzę swoje urodziny. Wszyscy śpiewają Happy Birthday, a wlasciciel nakłada mi biały tybetanski szal i ofiarowuje paczkę cukierków. Takich urodzin się nie zapomina.
image
image

Drugiego dnia w Manang idziemy trenować na śniegu wchodzenie i schodzenie. Naszym celem jest punkt widokowy Chongar.  Jest trudno, ale dajemy radę. Czujemy, że przygotowania do przełęczy idą pełną parą. Od tego momentu rozmawiamy co raz więcej o przełęczy. Każdy ma obawy, czy choroba wysokosciowa nie pojawi się  nagle. Wszyscy boją się śniegu i mrozu, ale najbardziej wszyscy sie boja, czy starczy sił.
image

image

image

image

image

I na koniec moje ulubione zdjęcie
image

Annapourna 4-11 Marca 2013
CIĄG DALSZY NASTAPI

Read Full Post »

Patan

Patan -trzecie co do wielkości miasto w Nepalu, zwane dawniej Miastem Piękna. Jakość tak się złożyło, że zrobiłam tu wiele zdjęć ludzi, co po tych wszystkich stupach jest miłą odmianą. Bez zbędnych opisów więc -Nepalczycy w Patanie:

image

image

image

image

image

image

image
image

A tak wygląda główny plac w Patanie -Durbar Square
image

Patan 2 Marca 2013

Read Full Post »

Opuszczam Indie, bo mi wiza wygasa. Do Kathmandu przylatuje z Kalkuty. Widok z samolotu na Himalaje oszalamia. Początkowo myślałam, że to chmury tworzą ten postrzepiony, niekonczacy się biały pas. W Kathmandu można bardzo szybko się rozczarować. Nie widać tu gór, a chaos, który tu panuje może wręcz zniechęcić. Wąskimi uliczkami jadą samochody, motory, riksze i idą piesi, przepychajac się między sobą. Pierwszym moim zakupem jest maska na twarz . Skażenie powietrza jest tak ogromne, że aż trudno uwierzyć, że jestem w Himalajach. Już na lotnisku taksówkarze próbują mnie oszukać. Ale ja jadę z Indii, więc nie ze mną te numery. Taksówka dowozi mnie na Thamel , gdzie szybko znajduję hotel. Thamel, czyli dzielnica turystyczna, tętni życiem od samego rana do późnego wieczora. Ilość sklepów z odzieżą i sprzętem turystycznym przyprawia o zawrót głowy. Mimo, że większość sklepów oferuje podróbki znanych marek za niewielkie pieniądze , łatwo można się zapomnieć i wydać fortunę. Na mnie największe wrażenie robią tutejsze księgarnie. Gdybym mogła , zabralabym jedną do domu. W Kathmandu , jak zresztą w całym Nepalu, najbardziej irytuje brak prądu. Codziennie w wyznaczonych godzinach, po prostu go nie ma. Żeby nie było zbyt pieknie, zdarzają się także niezapowiedziane przerwy w dostawie, na które już nikt nie ma wpływu. Jednak sklepy i restauracje nadal serwuja gorace napoje i posiłki, gdyż wszystkie obiekty w mieście korzystają z generatorow i akumulatorów. W Kathmandu spędzam w sumie 3 dni, zwiedzam i kupuję. Od razu mówię , że nigdy w życiu żadne zakupy mnie tak nie wykończyły, jak te. Po dwóch dniach byłam specjalistką od spiworow. Po jednym dotknięciu, potrafilam ocenić , czy jest 100 procent gęś czy 90/10 i do jakiej temperatury się śpiwór nadaje. Była to jedyna opcja, żeby nie zostać oszukana. Kiedy miałam już wszystko, zaczęłam zwiedzanie. I żeby nie sklamac i nie pisać tu poematów wychwalajacych – Kathmandu jest ok, ale z zachwytu na kolana nie padlam:-)

Widok na Dolinę Kathmandu ze wzgórza, na którym znajduje się Świątynia Małp.

image

Stupa Swayambunath zwana też Świątynią Małp ze względu na ilość małp mieszkających wokół świątyni.
image

Iskanie pchel 🙂

image
Obracanie tybetańskich młynków modlitewnych przez buddystow jest jak wypowiadanie modlitwy z tym, że obracać można szybciej, co zwielokratnia modlitwę.

image

Mlynki modlitewne, zwane przez buddystow Mani, z mantrami wyrytymi na ich powierzchni.

image

Na placu głównym Kathmandu – Durbar Square.

image

image

image

Kala Bhairav, czyli Czarny Bhairav, jedno z wcieleń Siwy.

image

Oczy, nigdy nie wiadomo skąd na ciebie spojrza.
image

Taksoweczka w Kathmandu:-)
image

Kathmandu 1-3 Marca 2013

Read Full Post »

Andamany – mój prywatny raj na ziemi ♡
Najpiękniejszy wschód słońca jaki kiedykolwiek widziałam – w czasie lotu  z Kalkuty do Port  Blair. Trwało to dosłownie sekundy i było nieziemsko 🙂

image

Na wyspie Havelock spędziłam dwa tygodnie na słodkim lenistwie. Bujalam się w hamaku zawieszonym na werandzie mojej chatki.
image

Jezdzilam rowerem dookoła wyspy.
image

Oglądałam wschody słońca
image

Bawilam się ze szczeniakami.
image

Wszędzie chodzilam boso.
image

Obserwowalam ruch uliczny na jedynej drodze na wyspie.
image

Nurkowalam z maską i oglądałam rybki.
image

Obserwowalam ludzi przy
image

Chodziłam po plaży tam i z powrotem.
image

Chodziłam po dżungli .
image

Bujalam się w hamaku na plaży.
image

Chodziłam na wschody słońca codziennie i nigdy mi się nie znudzily.
image

Uciekalam przed gadami na plaży.
image

Pilam i jadlam kokosy.
image

Obserwowalam lokalnych.
image

Chodziłam na dzikie plaże.
image

Wisialam na drzewie.
image

Zbieralam muszelki, a na lotnisku mi odebrali.
image

Nie przeszkadzalam w sjescie pieskom 🙂
image

Uwielbialam te zielone kamienie.
image

Zaczepialam lokalne dzieci.
image

Spotykalam słonie na plaży.
image

Dziwilam się lokalnym ceremoniom.
image

Wzięłam udział w zatopieniu bogini edukacji 🙂
image

Obserwowalam ptaki o poranku.
image

Skakalam z radości.
image

Jadlam rybki.
image

I znów chodzilam na wschody słońca choć czasem słońce się chowało za chmurami.
image

Znajdowalam takie wielkie muszle, wciąż żywe 🙂
image

Omijalam domki krabow.
image

Fotografowalam te mikroskopijne chodzace muszelki.
image

Wyszukiwalam bezludne plaże.
image

Latalam za cielakami  z lokalnymi dziećmi.
image

Ubawilam się patrząc na tę krowę – luzara 🙂
image

Podziwialam te niezwykłe drzewa.

image

Widziałam jeden zachód słońca.
image

Siedzialam na plaży w cieniu drzew i patrzylam na morze.
image

Bujalam się w hamaku podczas wschodow słońca i robiłam te fotki

image

I wiele więcej, ale nie zawsze chciało mi się wyciągać aparat. Rozumiecie, byłam na wakacjach przecież 🙂

Andamany, Havelock 14 -28 Lutego 2013

Read Full Post »

Byłam tu;-)

image

Kalkucka taksoweczka

image

Victoria Memorial

I to by było na tyle, no bo co można zobaczyć w mega zatłoczonym mieście, jak się ma parę godzin i do tego część tego czasu przesypia się w parku pod palmami ?

Kalkuta 13 Lutego 2013

Read Full Post »

Bodhgaya to niewielkie indyjskie miasto i nikt by tu pewnie nie przyjeżdżał gdyby nie to drzewo. Drzewo bodhi to figowiec, który rośnie w miejscu, w który Gautama Siddharta doznal oświecenia po sześciu latach medytacji stając się tym samym Budda. Choc mówi się drzewo buddy, aktualny figowiec jest czwartym bezpośrednim potomkiem pierwotnego drzewa Bodhi. W przeszłości drzewo zostało ścięte przez zazdrosną żonę króla Asoki. Ten pogrążony w smutku, obsypal pień ziemią i podlewal mlekiem aż drzewo uroslo do rozmiarów 37 m. Zapobiegliwa córka króla – Sanghamitta wywiozla pęd drzewa na Sri Lanke, a tamtejszy król zasadzil je w swoim ogrodzie. Jest to też drzewo o najstarszej udokumentowanej historii na świecie. Jak można się domyślać, drzewo to symbolizuje Oświecenie, a także ochronę , gdyż chroniło medytujacego przed atakami Mary – demona, który zsylal różne pokusy na medytujacego Siddharte. Figowiec jest też symbolem pokoju oraz inspiracją, przypomnieniem , że w każdym z nas są nieograniczone możliwości. W miejscu pierwotnego drzewa wybudowano stupę Mahabodi, którą otaczają liczne mniejsze stupy, a mieście wiele krajów buddyjskich wybudowało świątynie i klasztory.
Kiedy przyjechałam do miasta po kilku tygodniach spędzonych w chaotycznych Indiach, nie mogłam się nadziwić, jaki tu spokój. Pod drzewem Buddy modlą się pielgrzymi z calego świata. W ciszy szepcza swoje modlitwy przesuwając palce po sznurze modlitewnym. Obok w parku medytacyjnym dziesiątki ludzi medytuje oczekując oświecenia. Atmosfera jest elektryczna a łzy płyną po niejednym policzku.

image

Drzewo Buddy

image

Świątynia Mahabodi

image
Czas na herbatę
image

Wierni w czasie ceremonii
image

Ceremonia pod drzewem
image

Moi bohaterowie
image

Moja modelka

Bodhgaya 31 Stycznia 2013 i 12 Lutego 2013

Read Full Post »